REINO ERMITANO – Veneracion del Fuego (I Hate Records)

Peruwiańskie Reino Ermitano kupiło mnie już swoim trzecim albumem, genialnym „Rituales Interiores”. Nie spodziewałem się usłyszeć nic więcej od tych południowoamerykańskich barbarzyńców, a tu – niespodziewanie – podnoszą łeb, wydając po czterech latach swój kolejny krążek. I to jaki! Boże, błogosław doom metal!

Komando dowodzone przez Tanię Duarte brzmi tak, jakby zamknięto je w piwnicy w latach 70-tych a potem wrzucano do środka tylko płyty Saint Vitus, Candlemass, Pentagram, Witchfinder General i kilku innych klasyków gatunku. Muzyczna msza zaczyna się zgodnie z wszelkimi kanonami sztuki – kościelny gong i sunący ze zgrabnością walca riff wykuty z pewnością w tej samej kuźni, w której terminował mistrz Iommi. Zresztą rozwiązań niezwykle charakterystycznych dla wczesnego etapu twórczości Black Sabbath jest tu naprawdę wiele. Weźmy na tapetę fantastyczne, szarpane solówki (np. „El Rito” i „Quimera”), szalejące a’capella bębny (od połowy „Cuando la Luz te Encuentre”), serpentyn nałożonych na siebie gitarowych dźwięków („Soy el Lobo”), czy w końcu nawiedzone chóry („Sobre Les Ruinas”), wspierające przejmujący i momentami wrzaskliwy wokal Tanii, które tak bardzo pasowałyby na szósty album bogów z Birmingham. Dorzućcie do tego szczyptę własnego charakteru Peruwiańczyków, który Reino Ermitano przemyca w dalekim od metalowego instrumentarium (hipnotyczne akordy skrzypiec w „Cuando la Luz te Encuentre”, flet i instrumenty etniczne w „Sangre India”), oraz wyciszającej psychodelli, którą perkusista Julio drażni w „Cadáver, Semilla, Renacer” za sprawą wibrafonu i tybetańskich mis śpiewających. Robi się niezwykle ciekawie, prawda? A to zaledwie kilka motywów przewodnich, które wypełniają krążek ponad godziną pierwszego sortu muzyki. Ba, każde kolejne przesłuchanie odsłania niespodzianki, które „Veneracion del Fuego” zamknęło w przepastnej otchłani doom metalowych dźwięków. A to już najlepszy asumpt do tego, by zderzyć się osobiście z tym, co nagrali Peruwiańczycy.

Z pewnością za sprawą wspominanej już Tanii będzie się porównywać Reino Ermitano do kapel Jex Thoth – zarówno Totem, jak i projektu, który całkiem ładnie rozrabia pod pseudonimem samej wokalistki. No, to mam złą wiadomość: Reino Ermitano wyprzedza – nawiązując do będącej na czasie terminologii olimpijskiej – swoich bardziej rozpoznawalnych konkurentów już nie o włos, ale o całą długość ciała. Śmiem twierdzić, że dystans będzie się powiększał!

 

Dooban