RED SCALP – Rituals

Ależ ja lubię takie pozytywne muzyczne niespodzianki. Lubię sięgnąć po płytę bez absolutnie żadnych oczekiwań, nie wiedząc, czego się po niej spodziewać, a następnie pluć sobie w brodę, że nie zrobiłem tego wcześniej. No, wstyd po prostu, że dałem „Rituals” szansę dopiero w 3 miesiące po premierze. Lepiej późno, niż wcale…

Bo przecież o istnieniu tworu o nazwie Red Scalp wiedziałem od dawna. Miałem świadomość, że chłopaki „coś tam grają”, bawiąc się przy tym w Indian, jednak z niewiadomych bliżej przyczyn ubzdurałem sobie, że to tylko mało istotny dodatek do Red Smoke Festiwalu, organizowanego od paru lat w Pleszewie przez członków grupy. W każdym razie, wszystko to działo się jakby gdzieś na obrzeżach właśnie powstającej i rozwijającej się „sceny”. Wygląda na to, że na tej separacji od epicentrum całego zamieszania zespół wcale źle nie wyszedł – na pewno oczekiwania wobec „Rituals” nie były nieproporcjonalnie wygórowane. Pisząc o kolejnej, stonerowej płycie rodem z Polski, nie sposób już po raz kolejny uciekać się do starych, sprawdzonych chwytów. Nie sposób w nieskończoność pisać, że nie mamy się czego wstydzić, że to na światowym poziomie i zgrabnie podążamy za obowiązującymi trendami. Nie sposób, bo sytuacja uległa gruntownej zmianie – po prostu. Obecnie właściwie co roku możemy spodziewać się zarówno nowej muzyki od zespołów z już wyrobioną, międzynarodową renomą, jak i kilku „złotych strzałów” – debiutów, pojawiających się znikąd i swoją dojrzałością powodujących konieczność zbierania szczęki z podłogi. Takim ciosem był debiut Spaceslug i podobnie jest moim zdaniem z „Rituals”.

A właściwie… co mi tam, pójdę nawet o krok dalej. Debiut Red Scalp to najlepsze, co dotychczas spotkało polskiego stonera. Poważnie mówię, choć zapewne w tym momencie gro z czytających pełnym niedowierzania wzrokiem popatrzy na ekran i popuka w czoło. Już tłumaczę, skąd ta odważna teza. Otóż, od zawsze mówiło się, że jest to muzyka rdzennie amerykańska, że musi być pustynia i kaktusy (bez nich ani rusz), że brakuje nam tego charakterystycznego luzu i feelingu, dlatego taka muzyka w naszym, polskim wydaniu zawsze będzie tylko lepszej lub gorszej jakości podróbką. Red Scalp sposobem obchodzi wszystkie te „przeciwności”, czerpiąc z głębokiej studni inspiracji kultury indiańskiej, pierwotnie napełniającej duchem północnoamerykańskie pustkowia. Bliżej sedna pustyni się już nie da.RS by Oskar Szramka

To oczywiście tylko metafora. Nie wystarczy założyć na głowę pióropusza, aby nabyć ten mityczny, południowy pierwiastek autentyczności. W zasadzie nie wiem, jak go zdobyć, ale oni chyba wiedzą. Słysząc te wszystkie piękne rzeczy, dziejące się w „Dance on the Sun”, pomyślałem tylko: zrobili to! Jako pierwszy polski zespół w tej kategorii wagowej uchwycili w swojej muzyce wszystko, co można było uchwycić. A mianowicie: wielką radość z grania, wiarę we własne umiejętności, jak i – kluczową moim zdaniem – umiejętność składania z pozoru niepasujących do siebie dźwięków w jedną, spójną całość. Przy tym słuchaniu muzyki towarzyszy nieodparte wrażenie naturalności, jakby wszystkie elementy ułożyły się samorzutnie w odpowiednich ilościach, proporcjach i kolejności. Rzecz raczej ciężka do osiągnięcia w przypadku materiału, który był pieczołowicie tworzony i ulepszany przez kilka lat. Na szczęście, obyło się bez przedobrzenia. Wracając jeszcze do tej „prawdziwości” – po zapoznaniu się z debiutem Red Scalp, nasunął mi się na myśl album, który akurat jeśli chodzi o taką naturalność i jankeski feeling powinno się ustawić gdzieś w Sevres, czyli dwójka Down (tak, to spory komplement – może muzyka nie do końca ta, ale wiadomo, w czym rzecz).

Dzieje się przez te ponad trzy kwadranse całkiem sporo ciekawych rzeczy – znalazło się miejsce i dla nieco „dopelordowego” bujania w otwierającym „Summoner”, i dla wspomnianego już, bardziej bezpośredniego i w swej prostocie genialnego „Dance on the Sun”, a tu i ówdzie da się słyszeć także rytualne indiańskie zawodzenia. W modzie jest ostatnimi czasy granie ponadgatunkowe i otwartogłowość; takimi właśnie epitetami opisałbym ten album. Symboliczna fajka pokoju dociera do coraz to nowych obrzędników – i dla ciebie znajdzie się miejsce w kręgu Indian z Red Scalp.

Adam Gościniak

Zdjęcie: Oskar Szramka

 Pięć