RED HOT CHILI PEPPERS – The Getaway (Warner)

Płyta – paradoks. Pod każdym względem. Dobra – zła, ciekawa – nudna, energetyczna – usypiająca. Red Hot Chili Peppers. Kilka dekad na scenie, jedenaście albumów i kompletna zagwozdka, która pojawiła się wraz z premierą albumu „I’m With You” w 2011 roku… Nowe dzieło niespecjalnie rozjaśnia ten obraz, choć można z uczuciem ulgi stwierdzić, że znajdziemy na „The Getaway” więcej fajnych numerów niż na poprzedniczce. Nie zmienia to faktu, że nadal mamy do czynienia z pytaniem „i co dalej, Papryczki?”…  

Wspomniany paradoks polega na tym, że dotychczasowa droga, szczególnie ta związana z obecnością geniusza sześciu strun, Johna Frusciante (a w mniejszym stopniu z Davidem Navarro, odpowiedzialnym za „One Hot Minute”…), była wyrównana, z naciskiem na płyty bardzo dobre („Mother’s Milk”, „By The Way” czy „Californication”) i wybitne czyli „Blood Sugar Sex Magik” i „Stadium Arcadium”. Red Hot, przy całym swoim cyrkowym wizerunku, żartobliwym stosunku do życia i zamiłowaniu do produktów branży chemicznej (nie mówię o tabletkach na ból głowy…), od pewnego momentu stworzył taki model pracy i koncepcję muzyczną, że wszystko zamieniał w złoto, nawet dość przeciętny wokal Kiedisa nie był w stanie tego zepsuć. Zresztą, Anthony miał/ma wyglądać, skakać i być twarzą zespołu. I to zasadniczo udawało się przez wiele lat, z małą przerwą na kolaborację z Navarro, która zresztą także zaowocowała płytą doskonałą, zapewne tylko z uwagi na zawirowania prawne, nie prezentowaną w późniejszych latach podczas koncertów. Drugi rozbrat Frusciante z zespołem i dołączenie Josha Klinghoffera troszkę ten obraz zagmatwało. Przyznam się bez bicia, że liczyłem, iż po średnio udanym „I’m With You”, zespół zrezygnuje z jego usług i na kolanach pójdzie po prośbie do Johna Frusciante. Tak się nie stało, Klinghoffer pozostał na miejscu. I jest w tym momencie… najlepszym muzykiem Papryczek i jednocześnie największym przegranym w tej bajce. Wszystko wyjaśnia nowa płyta._MG_9763-FINAL

Fakt, Klinghoffer jest zapatrzony w Johna jak w święty obrazek i słuchając nowej płyty w wielu miejscach miałem wrażenie, że słyszę właśnie byłego gitarowego a nie Josha. To cieszy, bo styl, jaki stworzył Frusciante to mistrzostwo świata a Klinghoffer jest w sumie jego godnym następcą. Pytanie, czy jest równie kreatywny i czy zespół się z nim liczy? Tu zaczyna się dyskusja. Chyba najlepszym podsumowaniem płyty  jest utwór „Go Robot”,  będący najmniej papryczkowym produktem w zestawieniu, nawiązującym do lat 80. i jednocześnie zaraźliwie melodyjnym. A na brak melodii zespół dzisiaj wyraźnie cierpi. Czasami zabrakło po prostu pomysłu – w „Detroiit” mamy świetne, pulsujące zwrotki, które wręcz proszą się o bombastyczne finalizowanie zamaszystym refrenem, tymczasem Kiedis zachowuje się w nim jakby we mgle szukał właściwych dźwięków. Kiepsko wypadają też momenty z mocniejszą gitarą, które zwyczajnie męczą. Nie należy jednak narzekać, bo zespół skomponował – podobno już w studiu, za namową producenta Danger Mouse’a – parę niezłych rzeczy. Paradoksalnie, są to te spokojniejsze, piosenkowe, ciążące w stronę psychodelii utwory, z „Sick Love” na czele. Podoba mi się osiągnięty, klimat, lekki skręt w stronę nowofalowych brzmień, przyjemne przybrudzenie produkcji i rezygnację ze sztubackich, funkowych potupajek, które dzisiaj chyba trochę już nie pasują do zespołu. Ogólnie płyta sprawia wrażenie bardzo stonowanej, spokojnej, jakby muzycy chcieli powiedzieć nam, że mają już swoje lata i zwyczajnie nie chce się im szaleć. Generalnie zespół znajduje się w dość dziwnym momencie kariery – zatrzymując Klinghoffera, staje za nim murem, daje wolną rękę, przyzwalając (świadomie bądź nie…) na maniakalne kopiowanie stylu poprzednika. Nie wiem, czy traktować album jako jeszcze poczwarkę, z której się coś wykluje w przyszłości, czy już jako sarkofag. Lubię ich, więc zakładam pierwszą opcję. Zważywszy, że z Johnem w drugim podejściu eksplozja nastąpiła na poziomie „Stadium Arcadium”, mam nadzieję, że trójeczka nagrana z Klinghofferem rozwieje wszelkie wątpliwości. Na rozwiązanie tego dylematu poczekamy zapewne z pięć lat; dzisiaj mamy „The Getaway” i trzeba dać płycie szansę. A przynajmniej spróbować. Od oceny się wstrzymuję…

Najlepsza rzecz na płycie – praca gitarzysty. Najgorsze momenty – męczący przesterami „This Ticonderoga” i nudny „The Hunter”.

Arek Lerch