RED FANG – Whales And Leeches (Relapse)

Podejrzewam, że wielu fanom grania stonerowo-sludge’owego Red Fang zapadł w pamięć z powodu zabawnych kawałków, do których nakręcono przezabawne wideoklipy. Na „Whales And Leeches” też bywa wesoło i dynamicznie. Ale kwartet z Portland pokazuje też, że w mrocznych klimatach czuje się całkiem nieźle.

Nie zwiodą się ci, którzy liczyli na to, że na następcy świetnego „Murder The Mountains” znajdą się dynamiczne, krótkie kawałki, z których bije energia wprost gigantyczna. Wyrywająca z butów, niepozwalająca na słuchanie płyty w dostojnej pozycji na wygodnym fotelu. Kwartet z Portland takie piosenki pisać umie naprawdę świetne i na „Whales And Leeches” klimatu wariackiej imprezy z mocnymi trunkami nie brakuje. Klimatu, zbudowanego na stonerowym, sludge’owym podkładzie, pachnącym potem i zapleśniałym garażem. Gdyby tylko na takich kompozycjach, będących hybrydą Led Zeppelin, Black Sabbath, Sleep, czy wczesnego Queens Of The Stone Age, Red Fang poprzestał, trzecią płytę można byłoby spokojnie uznać za dobrą. Tylko dobrą. Ale „Whales And Leeches” to materiał znakomity!

Red Fang, nie zarzucając swojego znaku firmowego, dodał więcej elementów narkotycznej psychodelii, dorzucił do swego standardowego zestawu parę utworów o zawiesistym, posępnym klimacie, niesamowicie wciągających. Jak choćby „Dawn Rising” i „Every Little Twist”. Wciąż lubią się pobawić, lecz czasami dla zróżnicowania dłużej pobuszują w ciemnościach. Kapitalnie grają, wymyślają niezłe melodie, znakomicie oldschoolowo brzmią. Są prawdziwi, rozpiera ich energia, którą potrafią znakomicie przekazać i słuchacza nią zarazić. To, że są bliscy zrzucenia z tronu QOTSA, a taką opinią się spotkałem, to jakiś kosmiczny idiotyzm, bo obydwa zespoły różnią się dziś prawie jak Korea Północna od Południowej. Ale na pewno Red Fang cały czas się rozwija i nie wątpię, że uznanie dla grupy będzie systematycznie rosnąć. Zapracowali na nie naprawdę solidnie.

Lesław Dutkowski

Pięć i pół