RED DEATH – Formidable Darkness (Triple B Records)

Thrash metal ma się wyjątkowo dobrze, i chyba nie muszę nikogo o tym przekonywać. Kto był na niedawnym koncercie Testament, Death Angel i Annihilator, ten wie, jak dużą estymą darzone są kluczowe nazwy gatunku, ale młodzież zarówno na Starym Kontynencie, jak i po drugiej stronie oceanu łoi w najlepsze, ciesząc uszy mieszankami to crossover, to hc na thrashowych podwalinach a nawet na heavy metalową modłę. Jest w czym wybierać, ale o tron walczy raptem kilka ekip, włącznie z bohaterami tej recenzji.

Red Death to projekt założony przez m.in. członków straight edge’owego Protester, jednej z fajniejszych ekip ostatnich lat, która ma kompletnie w dupie melodie, liczy się wygar i młócka do przodu. W przeciwieństwie do ekip youth crew, Prostester bije je na głowę wkurwieniem i brzmieniem. W związku z tym, jako, że filary waszyngtońskiej hordy udzielają się w Red Death, mamy tutaj do czynienia z niemal identycznym przypadkiem. Co prawda, thrash proponowany przez czerwoną załogę mógłby być wścieklejszy (gdzie ta podwójna stopa?!) przez co bliżej byłoby im do innej sensacji – Mizery. Mimo to, drugi longplay Amerykanów to uczta dla uszu wielbicieli Cryptic Slaughter, późnego Verbal Abuse czy D.R.I. Band

Szkoda tylko, że bezlitosny atak na małżowiny uszne w paru miejscach ustępuje chęci spróbowania się w bardziej tradycyjnym metalowym graniu („Archangel Void”)przez co impet utrzymywany przez lwią część raptem ośmiu utworów ulatnia się równie szybko, jak wali po łbie. Poza tym ekstraklasa, zarówno wokalnie jak i pod względem instrumentalnym („Vagabond” to wyżyny heavy metalowego odlotu). Przeszkadzać może zbyt vintage’owe brzmienie, ale o to chyba chodzi, prawda?!

Grzegorz Pindor

Cztery