RECLUSE – Stillbirth in Bethlehem (Darker Than Black Records)

Black metal to wspaniała muzyka. Przechodzą w nim rzeczy, których w jakimkolwiek innym gatunku muzyki gitarowej nikt nie traktowałby poważnie. Oczywiście, granica między formalną ekstremą a śmiesznością jest płynna – raz wyjdzie „Carpathian Wolves” a raz „Czernoboh”, raz Von a raz Absurd i tak dalej. W każdym razie, wirtuozeria techniczna ani dobry smak nie są w omawianej tu stylistyce niezbędne. Dobitnie widać to na przykładzie Les Légiones Noires,  którego dorobek nawet na tle humorystyczno-horrorystycznej historii czarnej sztuki robi wrażenie. Przypomnijmy: na początku lat 90. grupa zapatrzonych w norweską scenę francuskich skautów wypluła pod różnymi szyldami kilkadziesiąt demówek wypełnionych śmieciową, fatalnie wykonaną imitacją black metalu i śmiesznym klawiszowym dziadostwem. Debiutancki album Recluse nawiązuje do tych chlubnych czasów, kiedy black metal był atakiem na słuchacza przypuszczanym przez gromadę nawiedzonych nastolatków.

Za Recluse odpowiedzialny jest Phil McSorley, współtwórca trzech wspaniałych płyt Cobalt, który z tegoż Cobalt wyleciał po internetowej przepychance z jakąś dziennikarką – ot, kontrowersja na miarę naszych czasów. Dziś zamiast jednego fajnego zespołu mamy dwa, a Phil rozwija skrzydła na polu skrzącego się feerią barw podziemnego black metalu, którego zajawką było demo Recluse z 2013 roku. „Stillbirth in Bethlehem” to już „stara Francja” pełną gębą, nawet wokale nagrał tu Wlad, znany z flagowego okrętu Les Légiones Noires – Vlad Tepes. Przez całe 35 minut McSorley dwoi i się i troi by udowodnić, że choć gra na wszystkich instrumentach, to nie potrafi na żadnym. Jest to oczywista nieprawda, co wie każdy, kto słyszał nagrania Cobalt. W Recluse gitary rzężą, bo rzęzić mają. Perkusję zrzuca ze schodów bardzo zdolny perkusista. Wokale brzmią jak nagrane przez rurę od odkurzacza, ale to najdroższy model Electroluxa dostępny w lokalnym sklepie AGD. Miks polegał prawdopodobnie na prostej sklejce ścieżek, mastering nie istnieje, chwilami wokal z toną pogłosu zagłusza całą resztę. Końcówka płyty to już praktycznie tylko nieartykułowanie ryki pod brzdąkania na gitarze akustycznej i bicie pałkami w złom. Całe to szaleństwo jest świadome i kontrolowane, ale w żaden sposób nie czyni ze „Stillbirth in Bethlehem” płyty strawniejszej dla słuchacza. To po prostu głupi, ofensywny hałas brzmiący, jakby McSorley leczył graniem zespół stresu pourazowego, którego nabawił się służąc w armii. Recluse

A teraz najważniejsze: „Stillbirth in Bethlehem” bardzo mi się podoba i nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć dlaczego. Mój gust muzyczny obejmuje między innymi słabość do tępego, skrajnie przerysowanego black metalu dla troglodytów. Lubię Ildjarn, Von czy Akitsa z pełną świadomością ich „obiektywnej” wartości i mimo, że do ich przekazu jest mi bardzo, bardzo daleko. Nie uważam przy tym, że doznałem jakiegoś objawienia i słucham tak bardzo elitarnej muzyki, której ciemny plebs nie pojmuje – nic z tych rzeczy, to raczej zwykły gust. Może kiepski, ale własny. Takim go lubię. Recluse mieści się w tej specyficznej szufladce i nie ma sensu czarować się, że to wspaniała muzyka i każdy powinien ją poznać. Największą siłą „Stillbirth in Bethlehem” jest odrażająca formuła i jest to płyta adresowana do miłośników muzycznych przegięć. Nie tylko tych, które nagrywał Torgeist, Belkètre czy Brenoritvrezorkre (serio, była taka horda). Polecam na własną odpowiedzialność i życzę smacznego.

Bartosz Cieślak

Pięć