REBAELLIUN – The Hell’s Decrees (Heammerheart Records)

Przeżyjmy to jeszcze raz? Ta sztuka udaje się mało komu, a próbują jej prawie wszyscy.  Robi to też brazylijski Rebaelliun, który swoje przysłowiowe pięć minut miał na przełomie starego i nowego wieku. Dziś powracają z nowym albumem, po trzynastu latach przerwy. Ubyło im włosów, przybyło być może trochę mięśni, ale czy to przekłada się na skok jakościowy w ich muzyce? Cóż, doświadczenie na pewno uczyni cię mądrzejszym, ale niekoniecznie piękniejszym.

Kiedy myślę o tych wszystkich reaktywacjach, dochodzę do wniosku, że jedynym zespołem metalowym, który zrobił coś naprawdę dobrego powracając zza grobu, było Mercyful Fate. Ale nawet w ich przypadku czuć, że płyty nagrane po latach to już nie to samo co „Mellisa” i „Don’t Break the Oath”. Nie chodzi jednak o to, że te „zmartwychwstania”  są bezsensowne. Oczekiwanie, że ktoś będzie robił wyłącznie rzeczy wybitne jest śmieszne, bo w naszym życiu musi być miejsce także na słabsze momenty i pomyłki. Dzieła idealne i genialni artyści to tylko produkt wyobraźni, desperacko szukającej alternatywy dla rzeczywistości, w której doskonałość nie ma racji bytu. I tak jak żenujące wycieczki Celtic Frost w stronę glam rocka nie odbierają przyjemności ze słuchania „Morbid Tales”, a „Hordes of Zombies” nie detronizuje Terrorizer z pozycji jednego z najważniejszych zespołów w historii gatunku, tak nie ma co się dąsać na nieco słabszą formę dawnych idoli, bo nawet najładniejsza buźka musi się kiedyś pokryć zmarszczkami. Nie dziwię się panom w średnim wieku, że chcą pobawić się jak nastolatkowie, przy okazji korzystając z rzeczy, które może wcześniej nie były im dane, jak na przykład występy na dużych festiwalach. Nie dziwię się też fanom, którzy oczekują, że uzasadnieniem dla tych zabaw będzie dobra muzyka. Ja też ucieszyłem się na wieść o powrocie Reabaelliun i miałem nadzieję, że przywalą równie mocno jak na „Burn the Promised Land” i „Annihilation”. W tamtych czasach byli jedną z najjaśniej świecących gwiazd death metalu i nawet jeśli pozostawali trochę w cieniu rodaków z Krisiun, to pod względem żywiołowości spokojnie mogli stawać z nimi w szranki. Łączenie dzikości „I.N.R.I.” Sarcofago z precyzją Morbid Angel było czymś niesamowicie świeżym w gatunku, który bardzo wtedy potrzebował drugiego oddechu.rebaelliun_-_bandpicture_5_(picture_by_synara_rocha)

O ile jednak „Burn The Promised Land” była swego rodzaju rodzynkiem ówczesnej sceny, o tyle „The Hell’s Decrees” jest już niestety płytą jedną z wielu. Zespołów death metalowych dzisiaj nie brakuje, a i sam gatunek poszedł na przestrzeni tych kilkunastu lat mocno do przodu i ciężko będzie Brazylijczykom konkurować z takimi załogami jak Adversarial, Paroxsihzem czy Altarage. Tym bardziej, że muzyka Rebaelliun straciła sporo ze swojej pierwotnej żywiołowości. Może jest lepiej odegrana i przez to bardziej „profesjonalna”, ale to stawia ich bliżej nurtu reprezentowanego przez Nile, Hate i Vader, albo Behemoth z okresu „Evangelion”, niż wśród bezkompromisowych herosów undergroundu, do których się niegdyś zaliczali. Oczywiście, wciąż jest w tej muzyce energia i przebojowość, ale to już nie ten wulkan, który rozrywał świat na strzępy na „Annihilation”.

Na szczęście „The Hell’s Decrees” nie jest płytą złą i Rebaelliun nie będą raczej musieli wzorem Glacy śpiewać, że „dzisiaj mnie kochasz, jutro nienawidzisz”. Podejrzewam, że uda im się zrealizować młodzieńcze marzenia i choć na chwilę poczuć się gwiazdami w swojej niszy, na co niewątpliwie zasługują. Nawet jeśli będzie to odcinanie kuponów od dawnej chwały, choć o tak cyniczne podejście Brazylijczyków nie podejrzewam. Sądzę, że dalej kochają tę swoją muzykę i wkładają w nią dużo serca. Po prostu szczerość i pasja same w sobie nie zawsze są gwarancją artystycznego sukcesu.

Michał Spryszak

Cztery