RAVENCULT – Force of Profanation (Metal Blade)

Od pewnego czasu na ociosanej gruzem scenie ekstremalnego metalu ciężko nie dostrzec urodzajnych plonów wydawanych przez formacje black/thrash’owe. Może to dziwić nawet zagorzałych fanów stylistyki. Wszakże przez poprzednie lata tytani plugawej mieszanki z samych głębin piekła byli nieco pomijani na tle składów prezentujących zupełnie odmienne podejście do ekstremy. Jeszcze do niedawna trumfy święcił wskrzeszany wielokrotnie szwedzki metal śmierci, a i techniczna odmiana śmiercionośnej gonitwy zgarniała coraz więcej miłośników. To też nieco zaskakuje, przecież metal z założenia miał być prymitywny, jak pierwsi przedstawiciele pokolenia ludzkiego na Ziemi (obecni też…). Ale ja nie o tym przecież miałem…

Ravencult ani myślą oglądać się na koniunkturalne opcje uprawiania radykalnego rzemiosła, gdyż skalane thrashem, sczerniałe ziarno zasiali po raz pierwszy w 2001 roku. Zresztą, już od pierwszych sekund słychać, że nie jest to żadna gównażeria gnająca za „fajnym i modnym”. „Force of Profanation” pokazuje wyjadaczy, którzy na agresywnych cięciach zęby zjedli. W tym miejscu zaznaczam wyraźnie, iż daleko mi do imputowania kwartetowi twórczej monotonii i zastoju. Wręcz przeciwnie, trzeci pełnoprawny materiał Greków aż kipi energią i jadem, aczkolwiek w ilościach dawkowanych znacznie rozsądniej, niż na płytach poprzedzających „Force of Profanation”. Aż ciśnie się na usta nazwa Nails. Wprawdzie stylistyki oddzielone od siebie latami świetlnymi, lecz schemat pozostaje bardzo podobny. Ravencult wreszcie postawili na to, co w tak intensywnej łupance chyba najistotniejsze: gęstość. Fakt, straciła na tym urokliwa surowość numerów, które miast jadowitej szarpaniny, mkną ku bramom Hadesu niesione jędrną, wyrazistą produkcją. Dodatkowo, na rzecz dokładniejszych ataków, panowie pozwolili sobie na nieco subtelniejsze dociskanie i tak już zdartego pedału gazu. Może dlatego tak bardzo przychylnie spoglądam na przyszłość kapel spod znaku black/thrash metalowej łomotaniny? Może grecki skład nie oferuje jeszcze przebojów równie nośnych, jak te z ostatniego Destroyer 666. Może stoją jeszcze w tym bolesnym rozkroku między młodzieńczą agresją a cechującym dojrzałych kompozytorów  wyrachowanym podejściem. Na szczęście, to nie wyrafinowany szkielet kompozycji stoi za oszałamiającą popularnością mieszanki uprawianej przez Ravencult. Nie tylko Ravencult zresztą. Cały ten bezpardonowy, czarny thrash osadził istotę swego piękna na prujących przed siebie przebojach. Przebojach muśniętych rock’n’rollem prosto z trzewi i podejściem cokolwiek aroganckim.Ravencult

Może temu posłużyć chociażby oparty na d-beatowym podbiciu „Beneath the Relics of Old”. Zresztą, przytoczenie wyłącznie jednej piosenki śmierdzi ignorancją, dlatego wolę gorąco zachęcić do lektury całego „Force of Profanation”. Nie jest to płyta mądra ani skomplikowana. Głupim byłoby rozbieranie jej na czynniki pierwsze i dogłębna analiza poszczególnych składowych. Ot, pierwszorzędny łomot dla metali z krwi i kości. Do piwka z kumplami w sam raz.

Łukasz Brzozowski 

Cztery i pół