RAGEHAMMER – The Hammer Doctrine (Pagan)

Dosłownie przed chwilą skończyłem pisać recenzję nowej płyty Stillborn, w której bez grama przyzwoitości i ogłady chwaliłem niesamowitą witalność z jaką ta działająca już dość długo horda potrafi znęcać się nad old school’owym, muzycznym materiałem. W tekście tym pojawił się nawet zwrot, że energia z jaką atakuje ekipa Killera może zawstydzić wielu młodych zawodników. W tym miejscu należy się Wam sprostowanie. Wstyd, o którym mowa, nie dotyczy Regehammer gdyż ten młody zespół ma w sobie tak potężną dawkę  nienawistnej – właśnie – energii, że wszystkie modne dziś zespoły spod znaku old school’u mogłyby się od nich wiele nauczyć…

„The Hammer Doctrine” to debiutancki długograj zespołu lecz jeśli start odbywa się w takim stylu można być spokojnym o jego dalszą, świetlaną przyszłość. Rzeczony debiut to materiał, który urywa wszystko, nie tylko łeb i nie tylko przy samej d… Absolutnie. Dziewięć kompozycji i ani chwili wytchnienia. Jeśli do tej pory nie mieliście przyjemności skaleczyć się twórczością Regehammer, wyjątkowo wypada stwierdzić, że promocyjne notki przygotowane przez wytwórnię nie kłamią. To materiał dla fanów Venom, Sodom, Bathory i kilku innych zespołów o nieprzyzwoicie wysokiej zawartości substancji smolistych. Banały, ale trafnie opisujące zawartość krążka a szerzej może nawet ideę istnienia samego zespołu. Nie oszukujmy się, w formacjach tego sortu co Regehammer nie chodzi przecież o odkrywanie nowych muzycznych światów, a o zabawę formą dobrze znaną co w żadnym wypadku nie jest zarzutem.

Długo zastanawiałem się jakimi słowami opisać debiut Regehammer i naprawdę nie było to zadanie proste. Przyjemne, owszem, ale łatwe w żadnym przypadku. Materiał mimo tego, że jest nachalnie oczywisty w gruncie rzeczy daje słuchaczowi naprawdę duże pole do interpretacji i możliwość odbioru na własny sposób. Zaraz po tym jak wybrzmi ostatni takt otwierającego płytę „First Wave Black Metal” pojawią się głosy: no tak, old school, black thrash. Zanim jednak wrzucicie zespół do jedynie słusznej szufladki, proponuję chwilę skupienia. Właściwie każdy z numerów uwarzonych przez Regehammer to pełnia czarciego uroku, świetnych riffów, pysznych wokali i powbijanych niczym gwoździe w krzyż, wciągających melodii. Powiedzmy sobie wprost – to nie jest kolejny klon Venom, Sodom czy Destroyer 666. Regehammer mają pomysł na swoją muzykę i dużą świadomość tego co tworzą a to się po prostu nazywa talent więc… czapki z głów. ragehammer

Jestem prawie pewien tego, że wiele osób, które zetkną się z „The Hammer Doctrine” w pierwszym odruchu powie: o co tyle krzyku, to tylko kolejny band w starym stylu… Owszem, wszystko jest tu przesiąknięte zgniłą aurą lat 80. Chropowate wrzaski wokalisty, tnące rdzą gitary i brudne brzmienie rodem z piwnicy. To wręcz modelowe artefakty o jakich marzą zespoły, które chcą załapać się na modę. Tyle, że Regehammer ma coś więcej. Każda, siarczysta petarda z „The Hammer Doctrine” to numer misternie skonstruowany. Upleciony z pajęczyny konkretnego, pra-black’owo brzmiącego klimatu i rażących mocą riffów, które mogą przyprawić o wypieki na twarzy nawet starych wyjadaczy. A materiał jako całość ma coś co wyróżnia go na tle innych – jest autentycznie porywający. Gdy iskra thrashu i melodii pada na podatny, przesycony diabelską siarką grunt, świat eksploduje…

„The Hammer Doctrine” to eksplozja, wulgarny, dziki opus, na którym możecie uczyć się co znaczy grać old school’owy metal na pełnej k****… Czy płyta ma wady? Pewnie tak, ale że zakochałem się w niej od pierwszego odsłuchu, nie jestem w stanie wywlec ich na światło dzienne. Podsumowując jednym słowem te przydługie wywody – polecam.

Wiesław Czajkowski

Zdjęcie: Kuba Wierzchowski

Pięć i pół