RAGE NUCLÉAIRE – Unrelenting Fucking Hatred (Season of Mist)

Z cyklu „przysłowia polskie”, tym razem „zamienił stryjek siekierkę na kijek”. Lorda Worma większość czytelników Violence kojarzy zapewne z darcia mordy na pierwszych płytach Cryptopsy (a także na wydanej w 2005 roku „Once Was Not”). Tenże Lord stwierdził jakiś czas temu, że techniczny death metal średnio go tak naprawdę kręci, a jego robaczywa dusza lgnie przede wszystkim ku, równie jak ona czarnemu, black metalowi. I tak oto, kilka lat później, obcować możemy z debiutanckim albumem Rage Nucléaire, na którym spełniają się marzenia Lorda Worma, ale niekoniecznie marzenia słuchaczy.

Na pierwszy rzut ucha „Unrelenting Fucking Hatred” brzmi jak połączenie Anaal Nathrakh z Aborym. Bzyczące gitary bardzo często podbijane są tu blastami i klawiszowymi plamami (tudzież samplami), co nadaje tej płycie lekko industrialnego posmaku. Nie są to jednak dalekie echa Laibach, ani nawet minimalistyczny chłód w stylu Mysticum. Więcej w tym pokrewieństwa z wspomnianymi wyżej Włochami, Francuzami z Blacklodge i mniej utalentowanymi zespołami podążającymi śladem Emperor, których nazw nawet nie chce mi się wymieniać. Będący tu w założeniu gwoździem programu wokal Lorda Worma porusza się głównie w wysokich rejestrach i dość mocno podparty jest studyjnymi efektami, przypominając po trosze V.I.T.R.I.O.L.a z Anaal Nathrakh, a po trosze bełkoczącego przez krótkofalówkę Mikę Luttinena.

Wszystko to mogłoby być piorunującą mieszanką, ale niestety nie jest, bo Rage Nucléaire poza pewną dozą bezkompromisowości dźwiga ze sobą także cały bagaż naiwności właściwej black metalowym eksperymentom z lat 90. Przykładowo główny riff w „Hunt With Murderworms, Sculpt With Flies” przypomina melodyjkę z jakiejś zapomnianej gry komputerowej na Commodore 64, a motyw otwierający kawałek tytułowy brzmi jak odrzut z płyty Summoning. Owszem, jest na „Unrelenting Fucking Hatred” kilka fajnych momentów, ale albo trwają one bardzo krótko (sample w środkowej części „The Gallows and the Black Coffin”), albo okazują się riffem pożyczonym od kogoś innego (wariacja na temat „Grim and Frostbitten Kingdoms” Immortal w „The Gift of the Furnace”).

Trochę to wszystko rozczarowuje, bo pamiętając szaleństwo „None So Vile” chciałoby się, aby black metal w interpretacji Lorda Worma wciągał niczym czarna dziura i wyrządzał trwałe szkody w psychice słuchacza, a „Unrelenting Fucking Hatred” jest niestety dokładnie taka jak jej okładka. Widzimy krajobraz po bitwie, ale od razu czujemy, że nie jest on dziełem bomb, tylko grafika komputerowego, a tytułowa nienawiść okazuje się tylko lekkim wkurwem, który mija wraz z początkiem weekendu.

Michał Spryszak