RADIOHEAD – A Moon Shaped Pool (XL Recordings/Sonic Records)

Radiohead po raz kolejny zrobili słuchaczom psikusa. Bez zapowiedzi, po niemal całkowitej ciszy medialnej (choć fragmenty płyty były już znane z koncertów…), udostępnili kolejny album. Jak zwykle, najpierw w Internecie, na CD trzeba będzie poczekać do czerwca. I jak zwykle wsadzili kij w mrowisko. Ruszyła giełda: dobra płyta, zła płyta, nudna, zaskakująca, intelektualna, wkurzająca, zblazowana… I tak w kółko. Paradoks polega na tym, że w zasadzie każdy, kto na temat „A Moon Shaped Pool” się wypowiada ma… rację. Bo jest ten materiał dokładnie taki: w zasadzie nudny, ale to w gruncie rzeczy bardzo przyjemna nuda. Na pewno nie wywoła takiego szału jak „OK Computer”, ale ponownie pokazuje wielką erudycję zespołu, który ciągle ma swój lot, fascynacje i cały czas pozostaje dokładnie tam, gdzie chce być. Na uboczu, w swoim ukochanym, zacienionym miejscu, z którego wychodzi na świat tylko wtedy, kiedy sam tego chce. Dlatego nadal budzi emocje, bo chyba nigdy nie zdecydował się choćby na jeden, malutki ukłon w stronę publiczności. Takie myślenie obce jest ekipie Yorke’a; tu chodzi tylko i wyłącznie o samorealizację i tworzenie z czysto fizjologicznych pobudek. Nikt Radiohead do niczego nie jest w stanie zmusić. Ale jest i druga strona medalu, bo faktycznie, przez ten komfortowy oportunizm zespół zasklepia się w swoim punkcie widzenia współczesnej muzyki (nie użyję słowa rock…), przez co nie nawiązuje ze słuchaczem w zasadzie żadnego dialogu. Po prostu – albo lubimy te ich wyspiarskie zblazowanie i kupujemy w całości, albo wręcz odwrotnie. Choć ta polaryzacja opinii jeszcze bardziej podkreśla fakt wyjątkowości tego składu. Co z tego wynika? Czy Radiohead nagrał dobrą płytę? Poniżej wycinek dumania nad tą jakże frapującą kwestią…

Arek: Czy świat bez Radiohead byłby smutniejszy?

Grzesiek: A nie jest już wystarczająco smutny z nimi? Udzielił Ci się klimat nowej płyty?

Arek: Problem w tym, że ten smutek jest taki… przyjemny. Klimat to zresztą słowo – klucz do zrozumienia fenomenu Radiohead. To nigdy – może poza „Creep” – nie był wesoły i rozrywkowy zespół. Dla mnie wystarczającym powodem by ich lubić jest historia o tym, jak na amerykańskiej trasie posprzątali pokoje hotelowe zdemolowane przez będący z nimi na trasie zespół supportujący. Poprawni, ułożeni, dobrzy Anglicy. I już to intryguje. A smuteczek musi być…

Grzesiek: Ja określiłbym ich, niekoniecznie w odniesieniu do nowego albumu, jako grupę marzycieli. Często dość niepoprawnych, zbyt odważnych w swych poglądach, ale zawsze oddanych pewnej idei.

Arek: Oddanych idei tak, ale w pewnym momencie się zagubili. „The King of Limbs” to była jednak płyta, która w kontekście całej dyskografii zdecydowanie się nie broni. Teraz powracają z materiałem dokładnie takim, jakiego się po nich spodziewałem. Rozmemłanym, manierycznym w cholerę i pełnym świetnych pomysłów. I ponownie całkowicie pozbawionym jakichkolwiek syndromów przebojowości.

Grzesiek: Czy ja wiem… Już singiel, będący odkurzonym numerem sprzed 14 lat, nosi znamiona potencjalnego hitu. Z mojej strony wygląda to tak, że im patetycznej, im gęściej i przaśniej tkają te swoje smutne melodie, tym bardziej nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdzieś to już słyszałem i moje tropy kierują się w stronę Muse. Mówiłem Ci ostatnio, że traktuję te zespoły jak zamienniki.radio

Arek: Dla mnie Muse jest jednak bardziej bezpośrednim zespołem, „The Resistance” to kopalnia hitów, które jednych obrażają dosłownością, innym się podobają. Radiohead NIGDY (poza wspomnianym okresem w początkach kariery…) tak dosłowny nie był.

Grzesiek: Bo jednej jak i drugiej kapeli przyświecają inne idee. Poza tym, Muse sili się (mniej lub bardziej świadomie…) na bycie Queen XXI wieku, a Radiohead uderza w zupełnie inny ton. Nówka, choć rozmemłana, tak trochę infantylnie mówiąc, otula ciepłem. Mnie ten krążek relaksuje.

Arek: Bo taki ma być. Szkopuł w tym, że im dłużej tej płyty słucham, tym więcej detali budzi mój zachwyt. Pozorne, pseudo – filmowe klimaty układają się w całość z eksperymentami brzmieniowymi. Nuda ujawnia drugie dno i w zasadzie myślę, że jeszcze długo będę się nad tą płytą pastwił i wokół niej dreptał. Tym bardziej dziwią mnie (a może nawet wkurwiają…) nadgorliwi żurnaliści, co recenzję pisali dzień po pojawieniu się materiału. Prawdę mówiąc – nie wierzę im, bo nie ma szans, by zrozumieć w tak krótkim czasie fenomen tej płyty. Sam go jeszcze do końca nie odkryłem…

Grzegorz: A nie jest tak, że o pewnych zespołach po prostu wiadomo co napisać? Pismaki, o których wspominasz, od dawna mają wyrobione zdanie.

Arek: To właśnie pułapka, którą zastawiają na branżowców takie zespoły. Jasne, wiadomo, że Radiohead nagle nie zacznie grać jak, nie wiem, np. Deftones, ale jednocześnie tworzy maksymalnie wielopłaszczyznowe/niejednoznaczne płyty, które rezonują powoli i trzeba do nich – jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało – dojrzeć. I to mi się właśnie najbardziej podoba. Ja też w pierwszym momencie słyszałem głównie Yorke’a i fortepian, a dopiero potem wyłaniały się z tego pozostałe elementy. Moim zdaniem, Radiohead ciągle nam umyka…

Grzesiek: Jako zespół w ogóle, czy jako coś więcej, ponad opinie krytyków, muzyków i dotychczasową scenę muzyczną? Kunszt tego zespołu, przynajmniej w moim odczuciu, jest niezaprzeczalny i na pewno nie jest to grupa dla intelektualistów, fanów ekologii czy cholera wie czego, co swego czasu im zarzucono. Na moje ucho, to band, któremu przede wszystkim należy przypisać pierwiastek zaskoczenia.

Arek: Ja traktuję ich trochę jako rewolucjonistów. Wiem, że to brzmi dziwnie, w kontekście tej ich tzw. „blazy”, ale sposób działania, traktowanie muzycznego biznesu, sposób promocji plus sama muzyka, dają w efekcie coś unikatowego. A przy tym są, skubańcy, niezłymi biznesmenami z wizją. Zastanawiam się tylko, gdzie przebiega ta granica między „tylko” muzykantem” a „już biznesmenem”. Bo nie chcę ich skrzywdzić taką jednoznaczną opinią… Ale na pewno są „grupą dla intelektualistów”!Radiohead - photo Alex Lake

Grzesiek: Stadionów nie wyprzedają, płyty wydają kiedy chcą, może nawet od niechcenia, a jednak wciąż pozostają zespołem wielkim, takim, o którym trzeba mówić…

Arek: Dlaczego im się udaje? Znasz wytłumaczenie? Coś, co powoduje, że mimo upływu lat dalej są na szczycie i nie powinęła im się noga? Może dlatego, że de facto stronią od muzycznego biznesu jako takiego?

Grzesiek: Stronią a paradoksalnie są w nim obecni jako przykład świadomego „fuck off”, i dyktowania własnych warunków. Są unikalni, równie mocno „jechani” przez branżę, co uznawani za prekursorów takiego postępowania. Yorke solo już taki nie jest…

Arek: Ale wracając do nowej płyty… Co Twoim zdaniem jest w niej najlepsze? Coś, co przykuwa uwagę i powoduje, że będziemy jeszcze nie raz do niej wracać?

Grzesiek: Dla mnie to, o czym ty mówiłeś wcześniej – niemal filmowy charakter, nieoczekiwana spójność, lekkość. Mówiłem, że mnie ten album relaksuje. Dla takich płyt warto zwolnić. Żyjesz w Warszawie, powinieneś to docenić.

Arek: Fakt, to płyta, której raczej nie da się słuchać, jadąc rano rowerem do „korpo”. Bardziej siedząc wieczorem na balkonie i wzdychając do księżyca albo innej chmury. Ech, trochę to kiczowato brzmi. Czyli jaka jest ta płyta – dobra, bardzo dobra czy… tylko radiohead’owa?

Grzesiek: Dobra, bo radioheadow’a, a bardzo dobra, jeśli nie zna się dorobku zespołu.

Arek: Ale czy będziemy do niej wracać z takimi samymi wypiekami na twarzy jak dzisiaj słuchamy np. „Amnesiac”?

Grzesiek: Ja tak słucham „OK Computer”. Ale nie, nie będziemy do niej wracać z aż tak entuzjastycznym podejściem, będzie to jednak rzecz, o której na pewno się nie zapomni. Kto da tej płycie wystarczająco dużo szans, żeby odkryć coś więcej niż fortepian i brzmienie za miliony, śmiało postawi ją na półce. A to dopiero 16 czerwca, jeśli się nie mylę.

Arek: Właśnie, cały czas się zastanawiam, czy kiedy posłucham płyty z winyla lub CD coś się zmieni. Bo dzisiaj słuchamy po raz kolejny zespołu, który nobilitował pliki mp3 do rangi sztuki, robiąc przy okazji głupków z panów z Metalliki, których prawilna walka z handlem plikami stała się obiektem kpin…

Grzesiek: Słuchamy zespołu, który poszedł za ciosem i niczym Beyonce, Rihanna i U2, wypuścił płytę bez szerszej zapowiedzi. To jakiś znak czasów. I nie miałbym nic przeciwko gdyby artyści poszli w tym kierunku, wydając częściej, mniej i jak Down, skupiając się na samych ep-kach, bo pisanie albumu jest zbyt czasochłonne, poza tym pisząc rzekomo spójny long, można pominąć rzeczy nie mniej ciekawe jak potencjalne danie główne. A co tego drugiego bandu, dziś jest pośmiewiskiem niemal w każdym aspekcie. Od promocji własnego wizerunku, przez organizowanie niedochodowych festiwali, aż po przeciągającą się pracę nad kolejnym, „wiekopomnym” dziełem, li tylko zahaczającym o metal.

Arek: I po tych dwóch zespołach widać, w jak różny sposób można się zestarzeć. Choć i tak czekamy na płyty i tego i tamtego wykonawcy. Na koniec jednak chciałbym ponownie wrócić bezpośrednio do płyty i wyciągnąć z niej te numery, które znajdują się na naszych playlistach. Ja zaczynam. Na dzień dzisiejszy będą to: „The Numbers” i „Ful Stop”.

Grzesiek: „Burn the Witch” i „Tinker, Tailor, Soldier, Sailor, Rich Man, Poor Man, Beggar Man, Thier”.

Arek: I trochę futurystyki – co dalej z Radiohead? Czy mogą/muszą/potrafią zrobić coś co nas jeszcze zaskoczy? Kilka razy już im się udało…

Grzesiek: Nie im jednym się udało, więc jestem o nich spokojny. Nie mam oczekiwań… Nagrają coś, to będzie. Jak na razie w gąszczu dźwięków, które do nas dochodzą, przejmowanie się tym, co i czy w ogóle będzie z Radiohead to właściwie błahostka. Trzeba szukać nowych gwiazd.

Arek: A jedynie nad czym powinni popracować to wygląd, bo look mają przeokrutny…

Grzesiek: Stać ich na to żeby tak wyglądać.

Przyjemnie się nudzili Grzegorz „Chain” Pindor i Arek Lerch

Zdjęcie: Alex Lake