RABBITS – Lower Forms (Relapse)

Nowy rok Relapse rozpoczyna, jak można się było spodziewać, muzyką raczej nie nadającą się do strzelających korków od szampana. To raczej kolejna odsłona szalonych poszukiwań i nie zawsze jasnych kryteriów, jakimi kieruje się przy podpisywaniu „papierów” amerykański label.

Debiutancki album załogi z Portland nie jest może zaskakującym kawałkiem w kontekście katalogu Relapse, choć to akurat jest symptomatyczne – „Lower Forms” wyraźnie sugeruje, że mamy do czynienia z czymś, co nazwałbym „Relapse style”. Połączenie punk rocka, sludge metalu z lekkim smagnięciem stylistyki noise rockowej, do jakiej przyzwyczaiła nas lata temu oferta Amphetamine Reptile Records, po raz pierwszy na płycie eksploduje w drugim w kolejności „A Tale Of Tales”. Zgrzytliwe gitary, charakterystyczna, maniakalna praca sekcji w stylu wczesnego Hammerhead zdominowały z kolei „We Beat”. Gdzieś wplecione zostają skrawki blastów („Noise To Share”), jest trochę doom metalu (charczący „Duck, The Pigs” czy „The Flow Below”, tęsknym wzrokiem spoglądający w stronę „American Revolution” Love 666). Jest nawet toporny punk rock w minutowym „No Depth”. No i na koniec moje typy na płycie – kapitalny, rozedrgany, prawie improwizowany „Weight Here”, pięknie pulsujący wczesnymi latami 90 – tymi „Invisibugs”, gdzie zespół niemal dosłownie nawiązuje do „Unconpromising War On Art Under The Dictatorship Of The Proletariat” Killdozer. Mamy tu połamany rytm, piękne zwolnienia i gitarowy noise odbijający amerykańską blues/rockową tradycję. Zaś na zakończenie, w siedmiominutowym „Rot”, grupa brzmi jak Saint Vitus próbujący grać muzykę weselną, gdzie grobowy, choć lekko podrygujący riff w ostatniej minucie rozjeżdża się w potwornych hałasach i sprzęgach.

Rabbits jawi się z jednej strony jako kolejny zespół, spoglądający w stronę chicagowskiego podziemia pierwszej połowy minionej dekady. Jednak, z drugiej strony, co jest bardzo obiecującym symptomem, grupa bezboleśnie łączy współczesny sludge z typowymi, dysonansowymi poszukiwaniami. Może nie udało się im jeszcze rozszczepić jadra, w celu wywołania wybuchu nuklearnego, ale są już bardzo blisko. Jeśli będą kontynuować kierunek poszukiwań, nie zagubią się w studyjnej produkcji, dociążając brzmienie i jeszcze odważniej podkręcą moc, drzemiącą w tej muzyce, następna płyta będzie pierdolnięciem na miarę „Leviathan” czy „The Red Album” niegdysiejszych i obecnych tuzów Relapse. Czego im życzę. Głównie ze względu na własne nadzieje…

Arek Lerch 4,5