R.U.T.A. – Na Uschod. Wolność albo śmierć. (Karrot Komando)

Jeśli ktoś uważał, że R.U.T.A. okaże się kolejnym mało ciekawym i krótkodystansowym projektem znudzonych (czytaj: doświadczonych) muzyków, mylił się okrutnie. Zespół wydał właśnie drugi pełny album i jest to doskonała okazja by wszyscy, którzy do tej pory nie mieli pojęcia o istnieniu tejże formacji nadrobili zaległości. “Chłopskie punkowanie” (jedno z określeń muzyki R.U.T.A.) na drugiej płycie nabiera jeszcze więcej barw i niesamowitych smaków. Muzyka mocna, interesująca i ciągle wymykająca się wszelkim próbom zamknięcia w szufladkowym gettcie. “Na Uschod…” to album, którego być może nie polubicie, ale uwierzcie mi: nie możecie pozwolić sobie na to, by tej płyty nie znać…

“Na Uschod…” to przejmujący teatr dźwięków ujęty w muzyczne ramy, którym najbliżej jest chyba do folku. Jednak folk to szalony i bardzo często więcej w nim prawdziwej, punkowej furii niż delikatnych, ludowych melodii. R.U.T.A. na swojej drugiej płycie czerpie z wielu źródeł. Raz będzie to mroczne granie a’la Żywiołak, innym razem energetyczne, punkowe łojenie z galopującą w tle perkusją a wszystko to zagrane na nietypowym (ludowym) instrumentarium oraz (co bardzo ważne) podparte rozpasanymi stylistycznie wielojęzycznymi wokalami. W przypadku tego zespołu każdy z elementów jest równie ważny i wydaje się, że gdyby zabrakło którejś ze składowych “Na Uschod…” nie miałby aż takiej siły rażenia. Muzyka i teksty. Oba elementy uzupełniają się wzajemnie i wynikają jedno z drugiego. Mocne, artystycznie kreowane pieśni chłopskie ze wschodu pełne są gniewu, złorzeczenia i idealnie wpasowują się w klimat muzyki. W spokojniejszych partiach opowiadają rzewne historie pełne smutku a w momentach gdy muzyka kipi wprost agresją teksty eksplodują gniewem.

Ok, wiem, że tak naprawdę R.U.T.A. nie gra muzyki szczególnie oryginalnej i jedynie na naszym zaściankowym rynku muzycznym zespół ten urasta do rangi tworu bardzo oryginalnego. Nie podam Wam jasnej recepty na to, jak ugryźć temat R.U.T.A. Ten spektakl ma to do siebie, że trzeba doświadczyć go na własnej skórze, otworzyć zmysły i chłonąć emocje. Główną siłą tej muzyki jest bowiem wielki ładunek emocjonalny. Gniew. Smutek. Złorzeczenie. Strach… Nie boję się jednak napisać, że w moim odczuciu jest to jedna z ważniejszych płyt ostatnich miesięcy.

Wiesław Czajkowski