PYRRHON – What Passes For Survival (Willowtip/Throatruiner)

Death metal nie jest dzisiaj wdzięcznym biznesem. Trzeba mieść duże samozaparcie i prawdziwą wiarę w to co się robi, no bo jak długo można wytrzymać tzw. „granie dla własnej przyjemności”. Owszem, nadal wielu deklaruje oddanie tej scenie, jednak mam wrażenie, że stosunek ilości fanów do ilości zespołów jest zdecydowanie nierówny. Nie wiem też co trzeba zrobić, żeby z tej milionowej, death metalowej magmy się wyróżnić. Czy Pyrrhon znalazł receptę? 

W pewnym sensie tak, choć raczej nie przewiduję przy okazji premiery „What Passes For Survival” trzęsienia ziemi. Z kilku powodów. Mimo, że zespół istnieje już parę ładnych lat i ma na koncie sporo wydawnictw, nadal egzystuje w najciemniejszym kącie niszy z napisem „technika”. Ta technika staje się w dużej mierze pułapką, bo im bardziej się w nią brnie, tym ciaśniejsza staje się rzeczona szufladka. Być może pewnym wyjaśniającym kontekstem jest tu popularność naszych krajan z Decapitated, którzy z płyty na płytę odchodzą od techniki w stronę prostych, bardzo amerykańskich form, co powoduje, że taki „Anticult” trafia idealnie w gusta młodzieży za wielką wodą, zaś najnowsze dzieło Pyrrhon będzie komplementowane przez garstkę, skazując muzyków na drugoligowe festiwale i klubowe, raczej nieopłacalne finansowo trasy. Dlatego właśnie podziwiam ich za to, że po latach tułaczki przez wszystkie możliwe wytwórnie, nadal przykręcają śrubę. Choć jeszcze jakiś czas temu miałem wrażenie, że coś się zmienia; skoro włodarze Relapse rozstali się z nimi po mega – zakręconej płycie „The Mother of Virtues” a na kolejnym mini-albumie „Growth Without End” (Selfmadegod) zaproponowali prostsze kompozycje, logicznym wydawało się odejście od niestrawnych łamańców (mini „Running Out of Skin” nie słyszałem, poza kowerem Death…). Nic bardziej błędnego.Pyrrhon

Nowe dzieło to jeszcze większy krok w stronę technicznej otchłani. W zasadzie – nawet jeśli ktoś lubi takie granie – trzeba wysiłku by przekroczyć nieprzyjazną ścianę hałasu, wzmocnioną specyficznym, dusznym brzmieniem, a następnie kilkakrotnie poddać chłoście dźwiękowej, by rozsmakować się w tej muzyce. Fakt, że dzisiaj oczekujemy prostych rozwiązań i wyraźnych brzmień (w ogólnym, socjologicznym zarysie…) tej płycie nie pomaga. Jeśli jednak przekroczymy ów próg, dostaniemy dawkę muzyki na najwyższym, graniczącym z obłędem poziomie. Poziomie, który każe mi mniemać, że to już nie metal, ale coś indywidualnego, ze wspomnianą stylistyką łączącego się tylko za sprawą przesterowanych gitar. Charakterystyka riffów, sposób konstruowania kompozycji, chora melodyka (jeśli można o melodii w ogóle mówić…), zagęszczenie aranżacji i nieprzewidywalność zespołu mogą się spodobać tylko wybranej garstce maniaków. Przyznam, że sam ostatnio od takiej muzyki stornię, jednak w odklejeniu Nowojorczyków jest coś intrygującego, na swój sposób ten szalony miks dźwięków drażni i obezwładnia jednocześnie. Jeśli miałbym szukać odnośników, proponuję porównanie z Ulcerate, choć nowozelandzka załoga ma jednak dużo więcej typowo death metalowych atrybutów (w tym smolisty mrok), zaś Pyrrhon aspiruje raczej do sceny awangardowej, czerpiąc z psychodelii, posthardcore’owych rozwiązań, grindu i łącząc to wszystko w koszmarnie przemielony mix. Dochodząc jednocześnie do ściany, bo bardziej zakręcić swojej muzyki chyba już nie mogą. Jestem pod wrażeniem tej produkcji, jednak bardziej ze względu na desperację, z jaką zespół trzyma się na powierzchni, radykalnie omijając kompromisy, czym tym bardziej nie ułatwia sobie życia.

Często słyszę od podziemnych bandów wyświechtaną deklarację, że tworzą dla siebie i nie interesuje ich tzw. popularność. Błąd – jeśli ktoś ma prawo tak mówić, to właśnie Pyrrhon. Nie powiem, że będę jakoś szczególnie często wracał do tej muzyki, ale duży szacunek pozostaje bez zmian. Bez oceny tym razem, bo doprawdy nie wiem jaką notę można tu postawić.

Arek Lerch