PYRRHON – The Mother of Virtues (Relapse)

To jeden z tych moich ulubionych momentów, gdy przypływ emocji bierze górę nad zdrowym rozsądkiem, a analiza przybiera metafizycznego zabarwienia. Rzadko się to zdarza, więc nie zamierzam się ograniczać i analizować każdą nutkę, co z resztą jest niemal niemożliwe, bo Pyrrhon na „The Mother Of Virtues” dołożył wszelkich starań by utrudnić słuchaczowi życie.

Niedoceniany i zepchnięty poza granice uwagi. Może to nawet i lepiej, bo teraz, po 3 latach od debiutu, siła, z jaką informacja o dołączeniu Pyrrhon do ekipy Relapse i pracy nad nowym albumem spędziła wszelkie wątpliwości wszystkim tym, co dotąd nie wierzyli w potęgę niezwykłego bandu z Nowego Jorku i kontynuację niszczycielskiej passy, jest jeszcze większa. W cieniu wielkiego Gorguts i równie prężenie rozwijającego się Ulcerate, wraz z drugim uderzeniem grupa udowadnia, że należy się z nimi liczyć na poważnie.

Kawał solidnego dysonansu, tym razem wylanego na nieco rozleglejszych przestrzeniach. Brzmienie bardziej wyraziste. Nie sztuką jest grać w sposób taki, by natłok ciężkostrawnych kombinacji dźwięków przysporzył słuchaczowi wielu problemów. Połamane rytmy można grać zawsze, nie wszystko, co złote się świeci, jednak w przypadku Pyhronn, nie ma mowy o nachalności czy przekupywaniu odbiorcy zmasowanym atakiem trudnych w odbiorze układów dźwięków. Nic tu się nie dzieje przypadkowo. Choć poprzedni rok stał się polem do potyczek gigantów awangardowego death metalu, Gorguts, Ulcerate i Gigan, tak na deser został nam zaprezentowany Phyrron. Co ważne, mimo, że wymienione przeze mnie, zeszłoroczne pozycje, zintensyfikowane mogły przynieść jeszcze więcej znoju, tak teraz, w zupełnym spokoju od przesytu dysonansem, możemy delektować się niezwykle świeżym materiałem Phyrorn. I tutaj zaczynają się schody, bo zanim przyjdzie nam cieszyć się muzyką, będziemy zmuszeni spędzić wiele seansów zanim  zostanie ona w pełni przetrawiona.P Band

I jak u Hitchcoka, najpierw wita nas trzęsienie ziemi, a potem akcja się rozkręca. Na starcie dostajemy porządnego klapsa, „The Oracle of Nassau” przypomina, z czym mamy do czynienia i jasno zadaje pytanie, czy jesteśmy świadomi, w co się pakujemy. Gdy pierwsze minuty już za nami, kolejny, rozpoczynający się w dość niepozorny sposób „White Flag” także nie pozostawia złudzeń, co do potrzeby wyładowania akumulatorów szaleństwa. Kumulowana pod wielkim ciśnieniem inwencja twórcza doczekała się momentu eksplozji i z impetem wybucha niczym bomba z opóźnionym zapłonem. Na pierwszy rzut ucha i oka, długości niektórych numerów mogą nieco przerażać, bo gdy w grę wchodzi 9 minut muzycznego piekła na Ziemi, możemy domyślać się, że po takim seansie zostanie po nas jedynie popiół. Momentami jesteśmy w stanie przypuszczać, że muzyka tak chaotyczna może być jedynie przejawem puszczenia wodzy fantazji, w efekcie owocującej nieobliczalną improwizacją („Implant Fever” czy „Invisible Injury”). Dane jest nam też obcować z chwilami bogatymi w bardziej wysublimowane, spokojniejsze momenty, bo choć to dalej dysonans pełną parą, to stanowi ukojenie w pryzmacie masakry wywołanej przez niepohamowane natarcie blastów i dźwięków gitar opętanych przez szatana (końcówka „White Flag”, psychodeliczny „Eternity In a Breath”). Mój pupil na płycie, „Balkanized”, to kwintesencja świetnej kondycji Pyrrhon, same reprezentatywne cechy upchane w zwartą kompozycję, poważna dojrzałość i młodzieńcze szaleństwo w jednym. Jest melodyjnie, niezwykle wciągająco, ale też irytująco nieznośnie; chłopaki z Pyrrhon postarali się o to, by zbytnio nie przyzwyczajać słuchacza do określonej dawki emocjonalnego wypróżnienia.

To, co zdecydowanie wyróżnia i jednocześnie staje się atutem „The Mother of Virtues” na tle podobnych stylistycznie tworów, leży u podstaw destabilizacji muzycznego przekazu i poczucia braku skonkretyzowanego pomysłu na siebie. Mam po prostu wrażenie, że każdy numer na tym albumie stanowi oderwaną od całości historię, niż zwartą całość. Co ciekawe, utwory same w sobie sprawiają wrażenie uciekających poza własne ramy, dźwięki rozciągają się samoistnie, a wyrzucane z niemal improwizacyjną finezją dryfują po bezkresach muzycznego wszechświata. Tą przenośnię idealnie odwzorowują dwa końcowe numery – „The Parasite in Winter” i „The Mother of Virtues”, żywe monumenty przestrzennego obłędu.

Paradoks Pyrrhon polega na tym, że, jak wspomniałem wcześniej, to brak stabilnej koncepcji przyczynia się do wyklarowania określonej idei charakteryzującej zespół, w dodatku zahaczającej o geniusz. Brak ładu i składu, jako czynnik łączący? Pozornie absurdalne, lecz przekładające się na rzeczywistość. Może właśnie ta cecha sprawia, że do muzyki Pyrrhon trzeba się przekonać, dać jej szanse na zainfekowanie naszego umysłu. To niełatwe zadanie, dlatego warto trochę się pomęczyć by móc czerpać przyjemność z twórczości oferowanej przez ten nieobliczalny kwartet.

Adam Piętak

Cztery i pół