PYRRHON – Growth Without End (Selfmadegod)

Wniosek nr 1: najlepszy metal to ten z zawartością metalu=10%. Większe ilości składnika w zawiesinie muzycznej zaczynają denerwować a przekroczenie poziomu 50% grozi zawałem. Wniosek nr 2: metal + melodia= straszliwa kupa, będąca efektem zżarcia zbyt dużej ilości fasolki po bretońsku podczas słuchania ostatnich płyt In Flames. Wniosek nr 3: Pyrrhon nie podpada pod żaden z powyższych punktów, zatem… piszemy.

Uściślenie co też gra Amerykański kwartet jest trudne i z góry skazane na porażkę. O ile debiutancka płyta An Exellent Servant But a Terrible Master zawierała jeszcze kilka w miarę sensownych wskazówek i – a jednak! – sporą dawkę metalowych kawałków betonu, o tyle ostatni, duży krążek The Mother of Virtues to muzyka tak dziwna, jak tylko można sobie wyobrazić. Grupa rezygnuje niemal całkowicie z typowych, metalowych atrybutów na rzecz chorego, rozchwianego klimatu, który ma więcej wspólnego z ciężkimi dragami niż popularnymi wśród „wszarzowców” browarami. Trudno się dziwić, że zespół raczej rzadko gości wśród typowo metalowych składów, odsuwając się na margines, w stronę mrocznej awangardy pod dowództwem Ulcerate, czyli w miejsce, które bardzo lubię. Nie sądzę też, by takie wyczyny przysporzyły im fanów, szczególnie wśród zwolenników definicyjnie pojmowanej, metalowej ekstremy. Chociaż o tym, że Pyrrhon na pewno zachowuje „ekstremalną postawę”, świadczy najnowszy, wydany znowu w barwach krajowej stajni Selfmadegod mini album. Muzykom zachciało się troszkę pogonić do przodu, bo znajdziemy tu więcej nawiązujących do początków działalności zespołu łomotów. Co nie zmienia faktu, że miłośnicy riffu, jako jednozbawczego środka komunikacji, mogą poczuć się lekko zagubieni. Band

Szczególnie początek ep-ki jest mocnym strzałem w potylicę. „Cancer Mantra” i „Forget Yourself” to nerwowa pulsacja, parę blastów i ciut więcej załamań; mimo zwięzłej narracji przepchnięto tu sporo świdrujących i żrących niczym kwas, gitarowych wyziewów. Prawdziwa jazda rozpoczyna się wraz z „The Mass” – ten numer rozegrany jest już w klasycznym stylu. Wolniej, z rozbudowaną aranżacją, zmieniającą gwałtownie klimat w środku kompozycji, jest psychodeliczne rozedrganie i lekki, kontrolowany rozjazd instrumentów. Moimi faworytami są dwie, zamykające płytkę kompozycje. „Viral Content” spokojnie mógłby znaleźć się na „The Mother of Virtues”. Wolny, dziwaczny rytuał, zwiastujący chorobę psychiczną, przełamany na moment dzikim przyspieszeniem, łączy najlepsze cechy zespołu – nieprzewidywalność i szaleństwo. W „Turning’s Revenge” Pyrrhon wraca na właściwe ścieżki – wolne mielenie, brzmieniowy chaos i na koniec kumulacja w postaci paranoicznego, solowego unisono gitar i bębnów. Wszystko eksploduje i odjeżdża w kosmos.

Nie wiem, jak potraktować ten materiał, bo jako zapowiedź dużej płyty jest zdecydowanie mało symptomatyczny. Albo inaczej – za bardzo symptomatyczny, choć wolałbym, żeby zwiastunem nowego były kończące materiał utwory, bo kiedy muzykanci przestają myśleć i oddają się hipnotycznym mantrom, wszystko wskakuje na swoje miejsce. Krótka to płytka, ale jako wizytówka zespołu, potwierdzenie, że żyje i nadal wciąga jakieś nieznane mi psychotropy – idealna. Czekam na więcej.

Arek Lerch 

Cztery i pół