PYRITHION – The Burden of Sorrow (Metal Blade)

Zanim jeszcze Tim Lambesis zlecił zabójstwo swojej żony, definitywnie odwracając się od Boga, skrzyknął kolegów z bezlitosnego, death metalowego Allegaeon, tylko po to, aby pokazać stwórcy środkowy palec i pokazać światu, że dobry śmierć metal może powstać zupełnie spontanicznie we własnym studio. Na poziomie, od fanów dla fanów.

Trzy premierowe kompozycje Pyrithion to mroczny, intensywny, nowoczesny death metal dla fanów Whitechapel, rzeczonego Allegaeon (a nawet deathcore’owego Aegaeon), czy – co akurat zaskakuje – Suffocation. Moc z jaką atakuje ten projekt, jest porównywalna do thrash/death metalowego oblicza innego projektu Lambesisa – czyli Austrian Death Machine. Wygar z gardła bodybuildera z San Diego robi piorunujące wrażenie i żal, że w swoim macierzystym zespole nigdy nie pokusił się o tak intensywne wokale. Wiadomo, że muzyka zgoła odmienna, ale mając tak potężny wokal dosłownie grzech go nie wykorzystywać. W Pyrithion Lambesis jest – co raczej nie dziwi – na pierwszym planie, mocno wyeksponowany przed instrumentami. Normalnie potraktowałbym to za wadę, ale tutaj istotne jest to, kto rządzi tym projektem. Zarówno wokalnie i tekstowo Tim odwala kawał pierwszorzędnej roboty, a zaproszeni do projektu koledzy, choć muszą ustąpić mu miejsca, dbają o to, aby do Pyrithion chciało się wracać.

Powodów ku temu jest kilka. Pierwszy to FENOMENALNE BRZMIENIE. Puryści będą narzekać, że plastik. A właśnie, że nie! Tłusty, odpowiednio wyważony sound „The Burden of Sorrow” to jeden z największych atutów całego wydawnictwa. Doskonale uwypuklona sekcja rytmiczna, ostro tnące gitary i – no właśnie – przestrzeń. Dawno nie słyszałem tak fajnie zrealizowanego albumu, tym bardziej w nowoczesnym i pozbawionym deathcore’owych naleciałości death metalu.

Ogółem rzecz biorąc jest moc. Trzy numery, trzy proste ciosy w twarz niczym z łapy Kliczki.

Grzegorz „Chain” Pindor

Cztery i pół