PUSTKI – Safari (ART2)

Szósty album Pustek wpada piorunem w niezłe towarzystwo polskich alternatywnych zespołów, grających muzykę, którą zdefiniować jest dość trudno. I w takim towarzystwie „Safari” czuje się idealnie, stanowiąc z jednej strony twardy orzech do zgryzienia przez muzycznych żurnalistów i porcję bezpretensjonalnej zabawy dla całej reszty.

Kariera Pustek jest dość wyboista i niezbyt prosta. Zaczynali jako zespół nurtu garażowego rocka i przez następne lata zaliczyli prawie progresywne wzloty, poezję śpiewaną, aż wreszcie dotarli… no właśnie – na safari. Słówko to w pewnym sensie dość dobrze opisuje muzykę, bo ta jest jak pełna zaskoczeń podróż z lekkim dreszczykiem. Nie będę tu rozwodził się nad tym, że gitarzyście znudziły się gitary a wokalistka napisała raczej smutno – melancholijne teksty. To już było, skupię się zatem na odczuciach, jakie towarzyszyły mi podczas lektury „Safari”.

Przyznam, że pierwszy był lekki opór, bo nieco zmroziła mnie leciutko kabaretowa otoczka, spowijająca te piosenki. Musiał minąć odpowiedni moment, żebym zestroił się z zespołem i wtedy jakoś poszło. Teraz nazywam „Safari” płytą niezwykle kolorową. Niestety (albo stety…), ciśnie mi się też na usta słowo „modna”, bo nawiązująca do syntetycznych sentymentów i popu, raczej takiego z lat 80 – tych, a bardziej współcześnie – do plastikowego indie. W zasadzie, każde określenie jest zarówno prawdziwe jak i fałszywe, podobnie jak miejscami przyjemne, miejscami drażniące zestawienie wesołej, rytmicznej muzyki z mniej wesołym tekstem. Co zatem mi się podoba – bardzo świadome, lekko filuterne operowanie instrumentami – gitara schodzi na plan dalszy, melodyjny dyskurs podejmuje klawisz (oczywiste) a czasami gitara basowa (zaskakujące), muzyka zachowuje żywe kolory, bo pełno tu aranżacyjnych – drobnych – smaczków, świadczących o wielkiej wyobraźni muzykantów. Nie mam zamiaru podkreślać konkretnych momentów płyty, bo w zależności od nastroju, kawałki, które uznawałem za fajne, zaczynają mnie mierzić, a te, które wydawały mi się dziwne, nagle stają się ulubionymi fragmentami. Wszystko pulsuje, zmienia się i w miarę słuchania ewoluuje. Paradoksalnie, pozornie proste piosenki wymagają od słuchacza nieco wysiłku, bo ich oczywista prostota okazuje się bardzo mało… oczywista.Pustki band

Tak…. wierzę, szanowny czytelniku, że powyższe słowa w żaden sposób nie pomogą w podejściu do tej płyty. Bo czy to rock, czy nie rock, jest muzyka z „Safari” konglomeratem bardzo różnych pomysłów, barw i nastrojów, które są połączone w sposób przypominający dziecięcą zabawę, miejscami zaskakują zestawienia, to znowu wydaje się, że mozaika nie jest do końca logiczna. I tak za każdym razem. Na pewno jest to materiał ciekawy, na pewno portretuje Pustki w kolejnej, nowej odsłonie. Jest energia, jest piosenka. Jest sukces. Pewnie tak… Jeśli lubicie rzeczy typu BiFF, spokojnie możecie sięgać po „Safari”.

Arek Lerch

Zdjęcie zespołu: Filip Styliński