PSYCHEDELIC WITCHCRAFT – The Vision (Soulseller Records)

Przyjemna, lekka, wakacyjnie niezobowiązująca propozycja prosto ze skąpanej w słońcu Florencji. Jest coś szczególnego w tych prostych, przebojowych kompozycjach, co nie pozwala przejść obok „The Vision” obojętnie. Co więcej, chce się do tej płyty wracać.

Zacznijmy może od tego, że zespoły takie, jak Psychedelic Witchcraft nie mają w obecnych czasach lekko. Co i rusz da się słyszeć pełne oburzenia głosy, ubolewające nad prawdziwym wysypem kapel „retro-occult rockowych”, jaki miał miejsce w ostatnich latach. Racja, jest to zjawisko niezaprzeczalne. Kolejne zespoły pojawiają się na rynku szybciej, niż rosną grzyby po porządnej ulewie. Prawdą jest również, że mozolne przekopywanie się przez tysiące nowych wcieleń Coven czy Black Widow w poszukiwaniu czegoś świeżego i oryginalnego przypomina poszukiwania igły w stogu siana. Zdecydowana większość to odgrzewane kotlety, które próbuje się słuchaczowi sprzedać na najrozmaitsze sposoby, żeby wspomnieć tylko o najbardziej oklepanym, jakim jest umieszczenie na okładce albumu nieskrępowanych żadną zbędną tkaniną damskich piersi. Po części rozumiem powszechne znużenie mnogością takowych tworów, ale przecież nie dałoby się tyle o nich słyszeć, gdyby nie znajdowały swoich odbiorców. A znajdują, zatem popyt na taką muzykę jest. Nieliczne perełki, momentalnie wyróżniające się z tłumu, jak przykładowo Blues Pills, szybko przedostają się do świadomości grupy słuchaczy szerszej niż zadeklarowani szalikowcy retro grania. Pozostali mogą znaleźć uznanie u tych bardziej „siedzących” w gatunku. Twórcy „The Vision” sadowią się gdzieś pośrodku tych dwóch kategorii. Potencjał tych utworów jest naprawdę spory, jednocześnie nie ma się co szczypać- oryginalności nie ma tu za wiele. Ale chyba nie ona stanowi dla włoskiej ekipy wartość nadrzędną.

I bardzo się z tego cieszę. Paradoksalnie, takie niesilenie się na zrobienie czegoś wyjątkowego wyszło tej płycie na dobre. Momentami słyszę, jak muzycy, zamiast przykręcić śrubkę i zapuszczać się w niepewne rejony, wolą odpuścić i pozostać na bezpiecznych wodach. Najtrudniejszą pracę pozostawiając przy tym wokalistce, która ze swej roli wywiązuje się bezbłędnie, nieprzeciętnym głosem zapędzając się na nie zawsze najbardziej oczywiste tereny. Takie rozwiązanie, świadome czy nie, okazało się świetnym wyjściem. To właśnie Virginia Monti jest motorem napędowym całej muzyki Psychedelic Witchcraft – zespołu, który rozpoczynał jako jej solowy projekt. Sama wokalistka nie kryje fascynacji amerykańskimi śpiewaczkami jazzowymi i bluesowymi przełomu lat 60. i 70., i te inspiracje są wyraźnie słyszalne. Band
Te piosenki błyskawicznie wgryzają się w mózg, nie chcąc go później opuścić. Pod tym względem na wyróżnienie zasługują chociażby dynamiczny, natychmiastowo wpadający w ucho „Witches Arise” czy nieco leniwie (ale za to JAK!) rozwijający się „Magic Hour Blues”. Już po pierwszym przesłuchaniu „The Vision” złapałem się na mimowolnym podśpiewywaniu tychże dwóch utworów. Nie minęło dużo czasu, a dołączyły do nich kolejne. I tak sobie śpiewam już ładnych kilka dni. Włochom, oprócz skomponowania naprawdę dobrych, chwytliwych piosenek, udało się ponadto sprawić, aby nad całym nagraniem unosiła się lekka i eteryczna mgiełka tajemnicy. I to bez uciekania się do tanich, sprawdzonych chwytów.

Porównania? Cóż, taki „The Night” jako żywo przypomina Jess & The Ancient Ones, minus nieco przaśny, heavymetalowy pierwiastek cechujący ten fiński zespół. Momentami, gdy instrumentaliści spuszczą ze smyczy swoje ambicje, tworzone przez nich, lekko melancholijne melodie nasuwają na myśl muzykę starszych stażem kolegów po fachu z Graveyard. I można by tak wymieniać w nieskończoność, na liście oczywistych inspiracji znalazłyby się zespoły zarówno z lat 70., jak i te współczesne. Tylko po co? Jak już wspomniałem, to tylko i aż zbiór (bardzo) dobrych utworów. Kto zechce, posłucha i doceni. Solidny i ożywczy w swojej witalności album.

Adam Gościniak

Cztery