PSYCHO – Chainsaw Priest (Selfmadegod)

„Chainsaw Priest” anonsowany jest jako pierwsza od 22 (!) lat płyta składu istniejącego od bagatela 1981 roku. Nowy album Psycho nie ma jednak nic wspólnego z jakimkolwiek „powrotem po latach”, „oldschoolowym kultem” i innymi bzdurami, nieudolnie podbijającymi zainteresowanie i sprzedaż. Ta płyta naprawdę jest odklejona od rzeczywistości i cudownie niedzisiejsza, a tego nie da się wypracować słuchając GG Allina z kupionych na eBay’u winyli.

Okładka i tytuł „Chainsaw Priest” jako żywo przypomniały mi „The Divine Enforcer”, zapomnianą perłę kinematografii lat 90. Tam ksiądz z fiksacją na punkcie przemocy walczył z przestępczością za pomocą kopniaków z półobrotu, broni palnej oraz tematycznych gadżetów w rodzaju zaostrzonych minikrucyfiksów. Oprócz tego jadał śniadania z biskupem granym przez Erika Estradę i marudnym klechą granym przez Jana Michaela Vincenta, a wszystko to przy akompaniamencie syntezatorowego badziewia, które nie milkło ani na chwilę przez bite półtorej godziny. Takie okropne i zarazem cudowne filmy może i powstają przez przypadek (zasilany nieudolnością reżysera i mikrym budżetem), ale nie da się ich nakręcić na siłę, ze z góry przyjętym założeniem. Tak też jest z „Księżą Masaką Piłą Mechaniczną”- taką płytę mogli nagrać tylko kolesie, którzy nasiąkli odpowiednim klimatem we właściwym czasie i nie musieli uczyć się go z internetów. „Chainsaw Priest” to najczystszej wody podmetalizowany, lekko grindujący punk bez stylizacji i artystycznych uniesień – szczery, uczciwy, daleki od wybitności i zdatny do spożycia w każdej epoce. Psycho ewidentnie siedzą w tej samej mentalnej kanciapie co kiedyś i nie muszą wymyślać siebie na nowo nucąc pod nosem „powróćmy jak za dawnych lat”. Nikt tu nie sili się na spektakularny reunion, wystarczy smrodliwy garaż, parę dni wolnych od pracy i dobre riffy poskładane w góra dwuminutowe numery-petardy obracające się gdzieś w rejonach The Mentors, Impetigo, Abscess, Siege, Unseen Terror i Cryptic Slaughter, plus mały cymesik w postaci Celticfrostowego walca „Hep-C”. Całość posklejano na przyjemnym, analogowym brzmieniu, które nie rani uszu terkoczącą perkusją i przegłośnionymi gitarami – przy „Chainsaw Priest” podkręcicie volume w prawo zamiast z odrazą zrzucać słuchawki przy pierwszym trzasku.Psycho Band

Kilka lat temu Selfmadegod wypuścił The Grind Years – znakomity składak nagrań Psycho dokumentujący ich „grindowe” oblicze ze wczesnych lat 90. „Chainsaw Priest” jest czymś więcej niż erratą do tamtego wydawnictwa i świetnie broni się bezpretensjonalnością, energią i świetnymi numerami – osobiście niczego więcej od takiej płyty nie oczekuję. Ocena punktowa może wydać się nieco zawyżona w stosunku do tak niespektakularnego wydawnictwa, ale takie moje zbójeckie prawo recenzenta, że mogę docenić te niekoniecznie przełomowe albumy, które w danym momencie sprawiają mi wiele radości.

Bartosz Cieślak

Pięć