PSYCHIC TEENS – Come (SRA Records)

Muzyczna przypadłość XXI wieku to nadprodukcja. Z każdej strony atakuje nas cała nawałnica zespołów, z których ¾ to klony klonów. Wymyślenie czegoś własnego przerosło muzyków, którzy w ostatnim dziesięcioleciu skupili się raczej na zdobywaniu bajecznych umiejętności i jeszcze bardziej bajecznego sprzętu. W tym kontekście ostatnią namiastką czegoś, co można od biedy nazwać rewolucją, miało miejsce już w nowym milenium a nosiło nazwę indie, z szczególnym naciskiem na beznadziejnie zakochanych w twórczości Joy Division smutasów z Interpol i Editors na czele. Dzisiaj znalazłem kolejną mutację, oddającą hołd ekipie Curtisa, wywodzącą się jednak z – co zaskakuje kontekście powyższych słów – środowiska postpunkowo – noise’owego. Mutacja zwie się Psychic Teens.

Przede wszystkim – nic nowego. Dorobek Joy Division został przetworzony w lepszy lub gorszy sposób na milion sposobów, głównie chodziło o interpretację wokalu i próbę ujęcia na nowo owej trupiej melodyki i klimatu. Psychiczne Nastolatki skupiają się na aspekcie wokalnym. Śpiewak filadelfijskiej formacji brzmi niczym dopiero co odnaleziony brat Curtisa i to za jego sprawą „Come” intryguje, bo momentami brzmi niczym Bauhaus grający kowery The Jesus Lizard. Co w 2013 roku – przynajmniej przez kilka pierwszych utworów – zaskakuje, dodając do szeroko pojętej skarbnicy rocka malutki powiew świeżości.

Skupiamy się na kwestiach wokalnych, a przecież muzycznie to wcale nie taka znowu oczywista robota. Mamy tu oczywiście klasyczne nawiązanie do noise, głównie tego bardziej rozjechanego (np. „H#TE” brzmi niczym Butthole Surfers grający na modłę nowofalową), klimatycznego gotyku (kjurowate „Come”), najważniejsze są jednak te utwory, gdzie zespół przyznaje się do swojej wielkiej miłości – czyli na maksa „curtisowate” „RIP” (czyżby jakaś sugestia?) czy „Lust”. Tu nie ma wątpliwości, kto zapłodnił twórczo Amerykanów. Co ciekawe, w drugiej połowie płyty, zapewne czując, że na tym samym patencie nie można za daleko zajechać, muzycy proponują utwory bardziej piosenkowe a wręcz przebojowe, tu warto wspomnieć o „Less” i „Bug”, które od biedy mogłyby nawet polatać na antenie, nie budząc w słuchaczach zbytniej depresji. Zakończenie płyty to oczywiście najdłuższy, epicki song „Veil”, zdradzający zainteresowanie zespołu doom’owatym i psychodelicznym sludge. Jakaś sugestia co do kierunku dalszych poszukiwań? Jako ciekawostkę dorzucamy jeszcze polski akcent na płycie, czyli fajną okładkę autorstwa malarki Aleksandry Waliszewskiej. Miło.

Z powyższych słów w sumie nie wynika, czy to dobra, czy przeciętna płyta. Być może przyczyną jest fakt tak bardzo wyrazistych (i przy okazji mocno zgranych…) konglomeratów tej mieszanki. Z drugiej strony, pozornie nieprzystające elementy udało się na „Come” połączyć bezboleśnie i właśnie ta niekonfliktowa koegzystencja składników powoduje, że płyta ma swój flow i dobrze się jej słucha. Choć – co chcę zaznaczyć – trzeba lubić zarówno zimno Joy Division jak i dystorcyjny ogień noise rocka. Pomijając te kwestie, warto docenić odwagę Psychic Teens w próbach stworzenia nowej jakości. Są blisko.

Arek Lerch

Cztery i pół