PRONG – Zero Days (Steamhammer)

Lubicie nowojorski hardcore? Albo thrash metal? A może oba jednocześnie? Na pewno lubicie. Każdy metalowiec lubi, nawet jeśli udaje, że tylko szatan ma prawo bytu w muzyce, a koledzy z osiedla nazywają go Abandon. W związku z tym jestem absolutnie pewien, że Prong – a przynajmniej jego pierwsze dokonania – doceniacie. Może nie oddalibyście za nie swojej kolekcji bandan i deskorolek, ale na pewno przepadacie za “Force Fed” czy “Beg to Differ”. Ja też przepadam. Mam stuprocentową świadomość, że ani dla nurtu hardcore, ani thrash metalu żaden z ich materiałów nie jest pomnikowym dziełem, ale zwyczajnie ważnym krążkiem, którego głupio nie szanować. A jak sprawa ma się z nowszymi wydawnictwami Prong? Odcinanie kuponów od własnej legendy? A może porcja soczystych uderzeń na miarę starszych płyt?

Żeby zastanowić się nad tymi zagadnieniami, trzeba rzucić okiem na to, co Prong prezentuje sobą obecnie. Jak wiadomo, eksperymentalno-industrialny okres twórczości jest już dawno za nimi. Obecnie z zamiłowaniem uprawiają prawie to samo, co na pierwszych płytach. A dlaczego prawie? Powód jest prostszy niż można by przypuścić: Prong zakręciła nowoczesna strona metalu. I nie chodzi o schorowane breakdowny, sztukę gitarowych sprzężeń tudzież eksplorację rejonów drone. Punktem poszukiwań są melodie, raczej nie z gatunku tych szlachetnych. Bardziej stworzonych z myślą o kilkunastu zapalonych fanach niemieckiego power metalu, którzy oblani alkoholem będą z pasją skandować “Prong!”, gdy wychwycą echa cukierkowych chwytów przywołujących na myśl środkowe In Flames. A takich jest sporo. Ot, chociażby w “Divide and Conquer”. Zupełnie nie przeszkadzają mi umizgi w stronę komercjalizacji muzyki, ale znajmy umiar, tak nie gra się w 2017 roku. Po co te wyścigi w kategorii „najbardziej zawodzący męski głos stulecia”? Dlaczego gitarzysta za wszelką cenę próbuje odwzorować disneyowski soundtrack na bazie para-metalowych riffów? To zwyczajnie psuje odbiór płyty, na której nie brakuje dobrych momentów. Świetnie radzi sobie “Forced Into Tolerance”, czyli nic innego jak ożywczy plaskacz wymierzony bez ostrzeżenia – szybki, bolesny i niespodziewany. Takie piosenki wychodzą Prong najlepiej. Bo, jak od dawna wiadomo, w metalu to prostota często przesądza o wysokim poziomie dzieła. Podobnie prezentuje się “Interbeing”, który hardcore’ową furią i thrashową zapalczywością w moment wywołuje uśmiech na twarzy. I nawet przesadnie posłodzony refren nie psuje tego wrażenia. Tylko co mi z pozytywów, skoro dżentelmeni z Prong robią absolutnie wszystko, by przesłoniły je negatywy? Jeśli djent ma brzmieć tak, jak to sobie panowie wymyślili w “Self Righteous Indignation”, to chyba się cieszę, że nie słucham go na co dzień.PRONG-photoshoot-Alcatraz-2014-©-Tim-Tronckoe-1

“Zero Days” w tytule powinno mieć dopisek “Jak zepsuć dobry album”. Bo potencjał jest, zadatki na wysokooktanowe przeboje również, ale obok nich Prong prężą muskuły celem dorzucenia jak największej ilości suplementów. Rzadko kiedy trafionych. Rzadko kiedy prezentujących klasę. A szkoda.

Łukasz Brzozowski

Zdjęcie: Tim Tronckoe

Dwa i pół

 

Brutal Assault   

                               PRONG DO ZOBACZENIA U USŁYSZENIA NA TEGOROCZNYM BRUTAL ASSAULT!!