PRIMUS – Primus and The Chocolate Factory With The Fungi Ensemble (ATO Records/Prawn Song)

Primus to złote dziecko lat 90 – tych i jedna z grup, które decydowały o wyjątkowym charakterze tej dekady. Wykręcona muzyka, nieobliczalny Les Claypool i płyty „Frizzle Fry”, „Sailing the Seas of Cheese” a przede wszystkim „Pork Soda” to kanon i jedna z najciekawszych, muzycznych emanacji amerykańskiej alternatywy. W zasadzie nie dziwię się, że późniejsze produkcje były nierówne, bo trudno tworzyć cały czas dzieła genialne. Zespół pożegnał się niezłym albumem „Anti Pop” (1999) i na dłuższy czas (pomijając niespodziewaną ep-kę „Animals Should Not Try to Act Like People”) zamilkł. Teraz powraca w oryginalnym składzie. Trudno jednak o fanfary.

Pomijam w tym miejscu całą, pokręconą karierę ekipy Claypoola. Miał absolutne wpadki (kompletnie nietrafiony „Brown Album”, będący apoteozą nagrywania w kiblu na jeden mikrofon…), były też wzloty w postaci korzennego i reaktywacyjnego „Green Naugahyde” (2011) z Jay Lanem na bębnach. W zasadzie powinienem się cieszyć, że do zespołu powrócił po zdrowotnych perypetiach Tim „Herb” Aleksander, perkusista, który przecież współtworzył niesamowity charakter Primusa. Niestety, nagrany w klasycznym składzie album zwyczajnie rozczarowuje. Mogę docenić fakt, że Claypool wymyśla świat po swojemu i robi rzeczny mało oczywiste. Mógłbym zaakceptować nawet pomysł z interpretacją ścieżki dźwiękowej musicalu „Willy Wonka i Fabryka Czekolady”, bo to fajna bajka i teoretycznie wdzięczny temat. Teoretycznie, bo zespół z niewiadomych przyczyn nagrał płytę zwyczajnie męczącą. Primus band

Być może oczekiwałem zbyt dużo, ale chciałem usłyszeć Primus napieprzający w starym stylu, z wiodącą rolą basu i Timem, tłukącym swoje wykręcone, pancerne rytmy. Chciałbym usłyszeć zespół w świetnej formie, niestety, na „Fabryce” tylko w kilku małych fragmentach powraca duch dawnego Primusa i pojawiają się motywy, świadczące o klasie zespołu. Jako całość to przydługawa historia, opowiedziana w mało przekonujący sposób. Czego brakuje? Przede wszystkim eksplozji. Cały czas mam wrażenie, że z każdym, kolejnym kawałkiem zespół próbuje się rozkręcić, muzycy rozwijają kompozycje, ale nie potrafią ich sfinalizować. Pierwszy przykład z brzegu – wspomniany już Herb. Gra tego świetnego perkusisty brzmi tak, jakby wyrzucił ze swojego zestawu werbel. Obtłukuje półkotły, chodzi niezdecydowany wokół tematów a ja czekam, kiedy wreszcie rytm wybuchnie. Podobnie Claypool, który sprawia wrażenie, jakby chciał się odciąć od swoich zajebistych przecież, firmowych patentów i jedynie Larry gra w zasadzie tak jak zwykle. Można przyjąć, że ta płyta to kolejny, zwariowany pomysł Primusa. Szkoda jednak, że nie zrobił z tego materiału np. 15 – minutowej ep-ki, koniecznie z „Golden Ticket”; wtedy mielibyśmy świetną zapowiedź pełnego, już w pełni autorskiego albumu. A tak będziemy pewnie czekać kilka lat na (być może) normalne nagrania. Choć patrząc na ostatnią dekadę, bardziej prawdopodobna jest kolejna zmiana składu i dalsze drażnienie słuchacza. Seks bez orgazmu…

Arek Lerch

Dwa