PRIMORDIAL – Where Greater Men Have Fallen (Metal Blade)

Zabawa trwa. Pijesz na wesoło, jak zawsze. Wychodzisz, próbując zaczerpnąć powietrza wolnego od hałasu słów. Ogarnia Cię przyjemne uczucie samotności, potem wdzięczności za to, że możesz przeżywać życie. W tym pijackim rozczuleniu, gdzie dobrzy ludzie przytulają się do wszystkiego co jest w domu i ma cztery nogi, sięgasz pamięcią do chwil dobrych i złych, lecz wartych zapamiętania. Już wypiłeś za wszystkie błędy. To jest Primordial.

Pieśni nieśpieszne, hymny pełne dumy i rozpaczy. Przesycone refleksją i wściekłością jednocześnie, głosem wojownika, który wojownikiem być nie chce; głosem rozemocjonowanym, drażniącym i przejmującym zarazem, który musi być usłyszany przez „świętych i grzeszników”. Mędrzec, raczej głupiec, raz walczy, raz pokornie poddaje się gwałtowności gęstniejących dźwięków opartych na irlandzkiej folkowej nucie i wspomnieniu siermiężnych Celtic Frost i wikingów z Bathory. Kompletne zespolenie formy i treści redukuje przekaz tylko do największych emocji, do najpotrzebniejszych tonów.

Styl zespołu okrzepł na wysokości albumu „The Gathering Wilderness” z 2005 roku, gdzie zapędy eksperymentatorskie wyciszono na rzecz żarliwości przekazu i spójności muzyki z tymże. Jego następca – „To The Nameless Dead” kroczył już „tylko” tą wydeptaną ścieżką, której nikt przed i po Primordial nie wydeptał. Pochodzący z 2011 roku „Redemption At The Puritan’s Hand” przyniósł „niewielkie” zmiany w postaci kilku najlepiej napisanych utworów w historii zespołu. Epicki, dosłownie snuty „Bloodied Yet Unbowed”, czy porażający rezygnacją ubraną w szaty moralnego zwycięzcy utwór tytułowy, złożyły się na bardzo ważny dla mnie album. Każde jednak obcowanie z Primordial odbywało się w niewczasie. Dopiero po wielu przesłuchaniach nowe utwory otwierały się, nabierały odpowiedniej treści, siły oddziaływania, niepowtarzalnej tożsamości i oryginalności. Może w tej właśnie chwili tkwię w owym niewczasie (pomimo zapowiedzi, że jestem gotów zmierzyć się z muzyką Irlandczyków w każdym czasie znanym bogom i ludziom), bo jeszczem nie na kolanach. Dlatego choć nowy album Primordial jest ze mną, czekam na niego i na siebie.Primordial band

Otwierający płytę utwór „Where Greater Men Have Fallen” to powrót do domu, gdzie nikt nie zdążył poprzestawiać gratów. To pozostawienie za sobą resztek rechotu plebsu, do którego wszyscy należymy.„Babel’s Tower” szuka spokoju w upadku, w tłustym brzmieniu Gibsonów, wreszcie słyszalnej grze gitary basowej i lamencie Alana Averilla. Nawet jeżeli całkiem zasadnie przyjąć, że nie umie on dobrze śpiewać, jego pasja i wściekłość brzmią po prostu autentycznie i stanowią konieczne dopełnienie muzyki. „The Alchemist’s Head” chwalebnie powraca do black metalowych dysonansów z czasów „Imrama”, a „The Seed Of Tyrants” traktuje drajców serią niekończących się blastów. „Ghosts of The Charnel House” odwraca się od patosu na rzecz ciepła paleniska Bathory; niestety, ognia nie może rozpalić grany o trzydzieści razy za długo jeden zblazowany riff. Niepotrzebny nikomu wydaje się akustyczny, przydługi wstęp do „Born To Night”.

Na moją ostateczną ocenę tego wydawnictwa jest chyba zbyt wcześnie, ale wiedzcie, że jeżeli już teraz wyjdziecie na spotkanie tej muzyce, to dzięki przypomnieniu sobie takich słów jak „szlachetność” i „poświęcenie” będziecie mieli większe szanse wygrać jedną z bitew dnia codziennego. Tą, którą już przegraliście.

Kuba Kolan