PRIMITIVE MAN – Home Is Where the Hatred Is (Relapse Records)

Po trzech latach od wydania debiutu Człowiek Prymitywny wychodzi ze swej jaskini niosąc w rękach najnowszy wypiek w postaci „Home Is Where the Hatred Is”. Cuchnący, kipiący smołą kawał poczerniałego sludge/doom.

Primitive Man intensywnie rozpoczął swój żywot, najpierw dusząc słuchacza genialnym „Scorn’em”, potem, jak z karabinu wysypały się splity z różnymi, równie zakręconymi grajkami. Teraz przyszedł czas na kolejny, autonomiczny twór. Może nieco krótszy, ale za to duuużo cięższy od debiutu.

„Loathe” na wstępie dość niepozornie wita się z odbiorcą, nasuwając skojarzenia z pierwszym materiałem w dziejach grupy. Ta iluzoryczna wizja nie trwa zbyt długo, gdyż rozbudowany kawałek łączy w sobie elementy dobrze znane miłośnikom zespołu, tj. mozolnie powtarzalnych riffów, psychodelicznej atmosfery i przeraźliwie nieludzkich wokali. W opozycji stoi jeszcze większe poczucie dezorientacji, chaotyczność rozległej formy. Pojawiają się niespodziewane wstawki blastów, drażniącego noise, czy krzepiących ucho melodii – to trochę jakby powrót do prehistorii Primitive Man, do klimatu rodem z Clinging To The Trees Of Forest Fire. Bez wątpienia to ingerencja Ethana Lee McCarthy’ego, udzielającego się, jako wokalista i gitarzysta w obu tych zespołach, sprawia, że wiele wspólnego ma ze sobą teraźniejszość i przeszłość. Ale nie jest to na pewno powielanie, Primitive Man dojrzewa w duchu indywidualnego rozwoju. Następnie niczym Filip z konopi wyskakuje hardcore-punkowy przytup „Downfall”, potwierdzający regułę, że zespół nie lubi przyzwyczajać słuchacza wyłącznie do jednostajnych rytmów. Jestem pełen podziwu dla poziomu złożoności struktur kompozycyjnych poszczególnych utworów. Niby większość czasu wypełnia smolista wydzielina w klimatach doom, ale niejednokrotnie bez uprzedzenia nasza percepcja zostaje zaburzona przez różnorodne formy ekspresyjne. Piramida skraca się, utwory stają się coraz krótsze, ale za to coraz gorsze do przetrawienia. Już na końcu, gdy leżymy półprzytomni na łopatkach, na pożegnalne zostajemy zlani ciepłym moczem. „A Marriage with Nothingness” to katorga wzdłuż i wszerz, tortura dla uszu wymierzona z premedytacją. Noise’owy harmider wespół z jękami kobiecego głosu wzbudza na ciele dreszcze.

pm2

Primitive Man nie lituje się ani trochę. Radykalizacja formy przysparza ogromne problemy związane z przyswojeniem tego materiału. Ale z uporem maniaka podejmujemy się kolejnej próby uchwycenia tego, co przez masochistę nazwane byłoby przyjemnością. Primitive Man można kochać, ale też jednocześnie nienawidzić. To twór pozostawiający bardzo skrajne emocje, kontrowersyjnie wciągający i świadczący o doskonałej formie ekipy z Denver. Obawy, co do ewentualnych konsekwencji adopcji przez Relapse Records poszły w zapomnienie, co utrzymuje w przekonaniu, że zespoły nie psują się pod jej skrzydłami, a wręcz przeciwnie: mają jeszcze większe możliwości rozwoju. Oby tak pozostało, bo dobrze ta współpraca zapowiada się.

Adam Piętak

Pięć i pół