PRIEST – New Flesh (Lövely Records)

Żywoty twórców, co ze wszystkich ścieżek muzycznych wędrówek wybierają tę nieszczęsną, elektroniczną, nie należą do łatwych. I nieważne, czy mowa o artystach błyskotliwych, czy zaledwie solidnych; o tych, co stawiają na proste, piosenkowe formy, czy malarzach instrumentalnych pejzaży – wszystkich ich czeka niechybne umniejszenie w zestawieniu z przeszłością.

Bo przecież to wszystko już było, prawda? Wszystko. Dziw bierze, że publiczność najczęściej przypomina sobie o tym prawidle właśnie w kontekście muzyki elektronicznej. Przykłady można mnożyć: jedni (SURVIVE) składają z dźwięków wielowarstwowe, pełne napięcia obrazy – na tyle sugestywne, by uczynić bardziej kompletnym jeden z najpopularniejszych seriali TV ostatnich lat. Inni (Perturbator) stawiają na mrok i intensywność, a nieustannie wymyślając siebie na nowo, zadziwiają wszystkich dokoła. Jeszcze inni, taki Ulver chociażby, zachodząc przelotem w synthpopową estetykę nagrywają jedną z płyt roku – tak po prostu. Wszystko to zatem twórcy intrygujący, a jednak… pozostający zgodnie w cieniu „kiedyś”. Widziani rzemieślnikami wykuwającymi monumencik słodkim latom 80. I chociaż, rzecz jasna, do miana wizjonerów im daleko, jestem zdania, że wspomniane umniejszenie to rzecz krzywdząca i nieprzystająca w żaden sposób do okoliczności.

Szwedzki Priest żyje i oddycha piosenkami – piszę te słowa bez najmniejszego cienia wątpliwości. Z faktem tym wiąże się inny, równie kojący – próżno szukać na „New Flesh” pretensjonalności i przesadzonych ambicji. Są za to wwiercające się w głowę melodie, są „duże” refreny i niezaprzeczalny, rozrywkowy dryg. Najbardziej bezwstydne tańce, hulanki i swawole. Brzmiące momentami sterylnie i nowocześnie, chwilami zaś – patynowo i naiwnie. Z chwytliwością tych kompozycji oswajałem się od dawna; od czasu, kiedy to opublikowany został pierwszy singiel, „The Pit”. W ślad za nim podążyły kolejne, równie dobre, a cała sytuacja nieco się rozmyła. Perspektywa debiutanckiego długograja jawiła się sprawą niezwykle odległą. „New Flesh” przyszedł niejako z zaskoczenia i… i jasnym stało się to, co wcześniej mogłem zaledwie podejrzewać – Szwedzi nie są w stanie napisać złej piosenki! Zdziwienie to blednie znacząco, kiedy odsłonimy personalia stojące za projektem (dociekliwi dojdą tych informacji bez trudu – ja wolałbym skupić się natomiast na samej istocie sprawy, czyli dźwiękowej zawartości krążka).Priest

Zawartości, która – wbrew pozorom i wbrew głosom mówiącym, że płyta jest w ogólnym obrazie dosyć monotonna i jednowymiarowa – dotyka dosyć rozległych punktów na mapie emocji. Chociaż całość utrzymana jest w średnich tempach i nawet nie ociera się o ekstrema, całkiem dużo się na „New Flesh” dzieje. Dużo dobrego. Każdy numer to materiał na singla. Jedne intensywnością zapierają dech w piersiach, pędząc bez wytchnienia i opamiętania („Vaudeville”), inne – jak „Reloader” – ochrzcić można mianem pościelowy dla robotów. Gdzieś po drodze mijamy jeszcze piękny, popowy „Private Eye” i „Virus”, czyli piosenkę chyba najbardziej ze wszystkich kompletną – z naprawdę potężnym refrenem i pięknym syntezatorowym solo. „New Flash” nie jest oczywiście krążkiem idealnym – momentami czuć, że brakuje odrobiny wyrachowania, jakiejś kropki nad „i”. Chwilami sentyment za latami minionymi staje się zbyt wyraźny i ocierający się o brzmieniową nędzę. Mimo wszystko – biorąc pod uwagę, że mamy do czynienia z debiutem, narzekania odłożyć trzeba na boczny tor. To naprawdę imponująca kolekcja piosenek, którą Priest utoruje sobie drogę wysoko. Wróżę więc grupie wielką przyszłość i szczyty list przebojów, a tymczasem… tańczmy.

Adam Gościniak

Cztery i pół