PREOCCUPATIONS – New Material (Jagjaguwar/PIAS)

W nocy wszystkie koty są szare, śpiewał znany, estradowy wokalista Robert, i ta sentencja jakoś pięknie opisuje nowy album niegdysiejszych szaleńców alternatywy (jeszcze jako VietCong), dzisiaj smutnych chłopaków z Preoccupations. I od razu dodaję: wcale nie jestem złośliwy, wręcz przeciwnie, nadal bardzo ich lubię, choć wcale nie muszę rozumieć, dlaczego idą w taką a nie inną stronę. W każdym razie, zatytułowany dość kuriozalnie album jest dla mnie czymś w rodzaju formy przejściowej. Dlaczego?

W tym celu trzeba sięgnąć do historii chłopaków z Calgary. Zaczynali jako VietCong i trzeba przyznać, że ich muzyka była równie kontrowersyjna co nazwa. W pewnym momencie przestraszyli się jednak – sam nie wiem, czy bardziej szumu wokół nazwy czy tego co grali – i postanowili nieco wyprostować ścieżki. Zmienili szyld, zapodali nową muzykę, która nie wszystkim przypadła do gustu, bo z radykalnej ścieżki skręcili w stronę ciekawego, choć dość uładzonego indie z lekkim, mrocznym wkładem. Zamiast hałasu gitar pojawiły się syntezatory i choć na łamach Violence pisaliśmy o nich bardzo ciepło, okazało się, że… chyba znowu przestraszyli się tego co grają, bo drugi krążek to lekko kuriozalny, choć wcale nie taki nielogiczny krok w tył. Zespół – takie odnoszę wrażenie – postanowił nieco dociążyć swoje dźwięki mrokiem, przybrudzić, być może nawet zatęsknił za dekadencją VietCong, w efekcie, pozostając Preoccupations, stworzył coś, co traktuję jako przetrwalnik, kokon, z którego na następnej płycie wykluje się motyl. Tyle, że nie wiem, czy będzie to paź królowej czy raczej zmierzchnica trupia główka. No i tyle dywagacji, teraz klika słów o samej muzyce.Preoccupations_press photo - Kopia

Ta pozostała motoryczna, napędzana raz mniej, raz bardziej mechanicznym pulsem bębnów i fajnie granym, „hook’owym” basem. Wyrównano proporcje między klawiaturami a gitarami, nieco uproszczono aranżacje dodając do nich całą masę chłodu. Ciekawi mnie czy podobne posunięcia miały miejsce w przypadku wokali, bo w tej warstwie niemal całkiem zniknęła melodia, zastąpiona przez melorecytacje, smutek, szarość i mrok. A z drugiej strony te piosenki bronią się w jakiś sposób, tylko trzeba do nich, hmmm, przywyknąć. Ja wiem, że przywyknąć można w zasadzie do wszystkiego, a muzyka ma być objawieniem i świętem, ale tak właśnie czuję w przypadku „New Material”. Jest tu kilka miejsc, które są bardzo przyjemne. Szczególnie  pod koniec płyty pojawiają się numery, od razu dodam, że te bardziej divisionwe, które stanowią o sile materiału. Choć – i tu kolejne do znudzenia powtarzane „ale” – trzeba być maniakiem dawnego post punka i curtisowego podejścia do muzyki. Zatem, najlepsze momenty to „Antidote” ze smutną melodyką i fajnymi bębnami, do przesady divisionowy „Solace”, ponury, zawieszony gdzieś między niebem i piekłem „Doubt” i przepiękny, podniosły, instrumentalny finał „Compliance”. Z pierwszej części wyciągnąłbym rozjechany, psychodelizujący „Manipulation” i motoryczny, leciutko kjurowaty „Disarray”. Choć w sumie cała płyta, z tym swoim deszczowym, smutnym i zamglonym graniem jest do przyjęcia, szczególnie jeśli nie oczekujemy po zespole rewolucji. Cały czas jednak czuję, że oni szykują się do zrobienia nam dużo większej niespodzianki. Jestem zbytnim optymistą?

Arek Lerch

Cztery