POWER TRIP – Nightmare Logic (Southern Lord)

Przy okazji poprzedniej płyty pałertripowców pisaliśmy całkiem nieźle o tej załodze, choć już wtedy miałem wątpliwości, czy aby na pewno jest to fajne. Dzisiaj czuję lekkie znużenie tym nutem bo jak wszystko, co związane jest z retro modami, bardzo szybko zaczyna śmierdzieć naftaliną, nawet jeśli używa się znakomitych, studyjnych perfum. Najgorsze jest jednak to, że o ile niektóre zabawy archeologiczne wydobywają na światło dzienne nieznane dotychczas aspekty pewnych i zapomnianych, muzycznych mód (przez co dużo bliżej im ideału niż w latach tzw. świetności),  o tyle przypadku starego thrashu i crossovera nie ma takiej możliwości, bo każda ingerencja w muzyczną tkankę będzie niczym więcej niż operacją plastyczną poprawiającą tzw. look. Trzeba zatem trzymać się korzeni usilnie i z uporem maniaka podrabiać brzmienie i styl. Dlatego takie twory jak Power Trip nie mają szans na dłuższy i obyczajny żywot. Tak twierdzę w krótkiej dyskusji z mającym zgoła odmienne zdanie na stan rzeczy Grzegorzem.

Grzegorz: Za nami kilka tegorocznych, thrashowych premier. Są to Kreator, Overkill, Power Trip i to właśnie podopieczni Southern Lord jak na razie, wygrywają to zestawienie. Krzyżówka Leeway z Cro-Mags i Exodusem nadal robi fantastyczną robotę i nie sposób odnieść wrażenia, że goście, którzy na co dzień grają w hardcore’owych kapelach, grają thrash lepiej niż, no… kuce? (śmiech).

Arek: Trasz powraca, trasz schodzi do podziemia… Żyjemy w czasach festiwalu odgrzewanych staroci (śmiech). Słuchałem sobie tego Power Trip nowego, główka skakała… ale pod koniec zadałem sobie pytanie: czego słuchałem? Czegoś fajnego, czy może słyszałem jedynie swój sentyment? Patent Power Trip jest, muszę przyznać, całkiem fajny – tak zmajstrowali swoją muzykę, że posłucha jej i kuc stary, ale młody nie pogardzi (bo moda), posłucha i punkowiec iBT1 hardcore’owiec, noszący naszywki Cro-Mags. Zatem – sprytna manipulacja, szczerość, odwaga, czy cwaniactwo? (śmiech).

Grzegorz: Wszystko razem, do tego trochę buty, talentu no i szczypty zgryźliwości, bo pokazują staruchom, że da się nadal grać zajebisty thrash bez technicznych wygibasów. Liczy się riff, surowe brzmienie i napierdol.

Arek: Fakt, zgadzam się. Technicznych wygibasów nie ma tu za grosz. Trochę się rozczarowałem, bo taka muzyka zazwyczaj przynosiła energię wyrywającą z butów a tutaj mamy hałas i to nie jest akurat w tym przypadku zaleta (śmiech). Rozumiem, że ma być gruz i oldskul potraktowany dosłownie, ale jakoś mi to „nie gra”. Tak, po prostu.

Grzegorz: Ale no… co ty gadasz, to co, miała być cyfra i sola jak w Heathen? No właśnie o ten gruz się rozchodzi. Jak popatrzysz na crossover z lat 90., to też, czy to Killing Time czy nawet Verbal Assault nie czarowały ani klarownością soundu ani mistrzowskim opanowaniem instrumentu. Power Trip dodają do tego undergroundowy sznyt i choć nie robi mnie ten album jak dwa poprzednie, taki łomot lubię.

Arek: Ok, łomot, ok., underground. Nawet to rozumiem, takie, nazwijmy to, jeszcze bardziej zejście do podziemia, stylizowanie na czasy, kiedy liczył się duch a nie umiejętności. Z tą płytą to kojarzy mi się taka anegdota – jakiś muzykant z zespołu pamiętającego „ejtisy”, skomentował retro ciągoty, mówiąc, że ich brzmienie, które młodzi tak chcą podrabiać wynikało z braku kasy i ch… studia; gdyby mieli możliwość, to nagraliby swoją płytę zupełnie inaczej. Nieważne, o jaki zespół chodzi. Fakt jest taki – to ciągłe wracanie do korzeni zaczyna mnie trochę męczyć. Jak będę chciał posłuchać takiego grania, to poszukam płyt zespołów z 85 roku. Mogę docenić fakt, że PT stara się swoje brzmienie splugawić i fajnie im to wychodzi, ale… no właśnie, nie kupuję tego w zasadzie.

Grzegorz: Ale to tak jakbyś nie kupował połowy obecnej sceny. To jest trend, nie powiem, że nie, ale wolę taki – czyli spoglądanie w stronę lat 80., 90., niż retro fale nu-metalu. Swoją drogą, powiedziałeś ciekawą rzecz, bo w takiej alternatywie, The Black Keys wydają miliony żeby materiał gadał jak z sprzed kilku dekad, a na domowym sprzęcie i tak tego nie słychać. To są po prostu zachcianki muzyków, może zrozumiałe w niemetalowej muzie, ale w takim thrashu powinien być gruz, mięso i cokolwiek tam wymyślisz.

Arek: No właśnie. Zabawa. Chcę być dobrze zrozumiany. Lubię oglądać czarno-białe filmy, znam ludzi, którzy uważają, że stare horrory George’a Romero są najlepsze na świecie. I ja też chętnie pójdę na koncert, żeby zobaczyć gibsony Flying-V, Rickenbackery i nogi na odsłuchach. Koncert – tak. Płyta – nie. Poza tym, lepiej mi się jednak słucha oszustów z The Black Keys.PT

Grzegorz: Mam wrażenie, że metal cię zmęczył i temu nie jarasz się tą płytą.

Arek: Może zmęczył. Ale nadal jest sporo płyt z hałasem, które mnie nie męczą. Jak chcę posłuchać trasz korowego łomotu to sięgam po Suicidali albo klasyki Cro-Mags. Nikt ich nie pobił… Czy to nie wystarczy, tak zupełnie szczerze?

Grzegorz: Pewnie tak, ale to wymaga zmiany nastawienia. Ja wiem, że wszystko już było i zamiast pucować się demówkami kapel z USA powinienem stawiać pomnik Nuclear Assault, ale to chyba – nie po raz pierwszy – kwestia wieku i poszukiwania zajawki. Ząb czasu rusza wszystkich i przyjdzie taki moment, że i ty też nie będziesz miał ochoty na powroty. Ja kibicuję młodym, bo zostanę z nimi na dłużej. Zobaczę, gdzie zaprowadzi ich rynek.

Arek: Ja też kibicuję młodym – takim co się nie boją wymyślać czegoś swojego. Nawet za cenę niezrozumienia i grania dla 5 osób (wiem, że tu i ówdzie pojawi się zarzut niepotrzebnego nikomu snobizmu). Nie uważasz, że takie retro zabawy są bardzo bezpieczną opcją? Może nawet za bardzo bezpieczną.

Grzegorz: Ano, na pewno jest to pójście na łatwiznę, tyle, że wymaga pewnego dystansu i odwagi bo w prosty sposób można wskazać kto i z czego zrzyna i dlaczego mu to nie wychodzi. Mimo to, retro ma sens. Taka jest kolej rzeczy.

Arek: Wszystko ma sens. Dzisiaj. Bo takie czasy. Czy odwaga? Nie wiem…. Nie uważasz, że łatwiej pójść do tyłu niż do przodu, licząc jednak na poklask?

Grzegorz: Krok do tyłu, ale dwa do przodu (śmiech). W kontekście Power Trip pasuje mi taka konwencja. Co się tyczy muzyki w ogóle, jednak staję murem za tymi, którzy tworzą teraz. Na wspominki mam jeszcze czas.

Arek: Tu nie chodzi o wspominki. Zawsze można wspominać. Mi bardziej chodzi o to, że ten retro trend, niezależnie PTczy chodzi o bm czy hc, rozrósł się jak rak i już nikt tego nie ogarnia. A w takim układzie wszystko staje się dla mnie podejrzane…

Grzegorz: To w czym upatrujesz panaceum na tego raka?

Arek: Pytanie, które zawsze wywołuje traumę. Ok, jest coś takiego jak biznesowe badanie rynku. Rozumiem oczywiście, że serce nie sługa i jeśli kocha się stary trasz i krosołwer, to trudno wymagać od muzykantów, żeby nagle zaczęli grać jazz. Jednak, jeśli widzę wokół siebie setki zespołów grających w takim stylu, trudno naiwnie zakładać, że właśnie mnie uda się przebić szklany sufit. Ale próbować można. Brakuje mi w tym wszystkim jakiejś drobnej iskierki, czegoś ponad zwykłe kopiowanie zachowań, ubioru, brzmienia itp. I znowu przywołam naukę o czymś co zwie się psychologią tłumu. W tym przypadku to działa. Zapatrzeni w kilka gwiazd, które wyszły poza getto, całe stada muzykantów ciągną w tę stronę. I być może będę cholernie złośliwy, ale czuję w tym też coś w rodzaju pójścia na łatwiznę, bo raczej bez problemu można się na uczyć gry w takim stylu niż – i tu znowu się powtórzę – szukać czegoś swojego/oryginalnego. A nikt przecież nie chce przepaść w tym maratonie. Zatem, odpowiedź na Twoje pytanie brzmi: nie wiem (śmiech).

Grzegorz: Tośmy pogadali (śmiech). Ale dobra, podoba ci się coś w tej płycie, czy to taki wymuszony produkt?

Arek: I tak, i nie. Doceniam surowiznę i stylowość. Obiektywnie. Jest fajna okładka. Posłuchałem i uznając płytę za „ogólnie ok”, odstawiam na półkę. Zdając sobie jednocześnie sprawę, że całe tłumy młodzieży w czapeczkach z wygiętym daszkiem wyślą mnie na księżyc (śmiech).

Komentowali Grzegorz Pindor i Arek Lerch