POSTHUM – Lights Out (Indie Recordings)

W 2012 członków blackmetalowych hord poznajemy po tym, że na zdjęciu jeden wygląda jak wokalista Coldplay, a drugi jak Jakub Żulczyk. Wyjątkowo nie mówię tego złośliwie, taki image może wręcz pomóc Posthum trafić do odpowiedniego odbiorcy, którym niekoniecznie będzie ortodoksyjny kolekcjoner winylowych bootlegów Blasphemy.

Debiutu tych norweskich przystojniaków nie słyszałem, nie mam więc pojęcia jak bardzo i czy w ogóle poczynili w swojej muzyce jakieś zmiany. „Lights Out” sam w sobie wskazuje raczej na przywiązanie do muzycznej tradycji  swojej ojczyzny, obiektywnie mieszcząc się w ramach black metalu opartego na podstawowym rockowym składzie i przepisowym wokalu, bez brzmieniowych bajerów i muzycznej transgresji. Od pierwszych taktów słychać jednak, że Posthum nie pragnie wywołać dźwiękiem zawiei i zamieci czy usadzić się w gronie kopistów Darkthrone. Chodzi raczej o to, by w ramach konwencji zagrać melodyjnie, choć bez słodzenia, w duchu zadumy nad zimą oglądaną z perspektywy niedźwiedziego futra przy kominku. „Lights Out” wali po uszach prostymi aranżacjami, wyeksponowaną gitarą prowadzącą grającą płynne, potoczyste linie melodyczne, wypchniętym na pierwszy plan wokalem i czystym, przejrzystym jak woda w pisuarze brzmieniem. Taki pomysł na black metal może się podobać albo nie, ale trzeba przyznać, że Posthum ogarnia temat zręcznie, przeważnie bazując na ciekawych partiach gitar i sensownie dolewanej do melancholijnego klimatu smole. Bodaj tylko w utworze tytułowym przegięta zostaje tzw. pała, gdy spod Taake’owskiego rzężenia przebijają nieszczęsne klawisze. Na szczęście większa część płyty to numery typu „Scarecrow”, z wyczuciem pisany i z klasą zagrany easy listening-black metal dla średnio wymagającego odbiorcy.

Abstrahując od zjawisk w rodzaju Liturgy, Krallice czy Deafheaven, spory szum na łączach wokół ostatniej płyty Mgły pokazuje, że istnieje w narodzie zapotrzebowanie na black metal surowy, ale nieinwazyjny, prosty, a przy tym dobrze zagrany i wyprodukowany. Poniekąd „Lights Out” i „With Hearts Toward None” to płyty mentalnie pokrewne, które trupi swąd zastąpiły aromatem Earl Grey’a, teoretycznie więc ci, którzy drugi z wymienionych obwołali – nie wiedzieć czemu – płytą aż wybitną, powinni  Posthum przynajmniej polubić. Być może komuś słuchanie takich, skądinąd fajnych, wydawnictw daje poczucie przynależności do elity fanów muzyki bez konieczności narażania się na dźwięki, od których głowa mogłaby rozboleć, ale jeśli już koniecznie trzeba słuchać „feelgood-autumn-blackmetalu”, to „Lights Out” wstydzić się nie trzeba.

 

Bartosz Cieślak