PORPHYRIA -Death Grind Destruction (Redrum666)

Cóż za adekwatny do zawartości tytuł wybrała formacja Porphyria dla swego debiutu, wydanego po ponad dekadzie mniej lub bardziej intensywnej działalności. Śmierć. Mielenie. Zniszczenie. Słowa doskonale opisują wyrafinowane zabawy dźwiękiem, jakim oddaje się ten zespół. Porphyria należy pochwalić za swego rodzaju konsekwencję i to, że wreszcie udało im się wydać debiut co z pewnością łatwe nie było…

 

Niestety, już pierwsze takty jakie dotarły do moich uszu sprawiły, że nabrałem przekonania iż z „Death Grind Destruction” łatwo nie będzie. To nie jest to album zły. Wręcz przeciwnie, muzyka Porphyria kopie bardzo mocno, tyle tylko, że dźwięki tego zespołu są tak schematyczne i oklepane jak tyłek porno gwiazdki, która w niejednym filmie już zagrała. Brak polotu i oryginalności chwilami aż razi… Całe szczęście, że utwory są standartowo krótkie, bo gdyby album był dłuższy trudno byłoby doczekać końca. Wiem, że obierając tego typu konwencję zespół automatycznie zamknął swoje dźwięki w pewnej, dość hermetycznej niszy lecz moim zdaniem można było postarać się dużo bardziej, pokombinować i nadać muzyce choć posmak autorskiego charakteru. Tymczasem z „Death Grind Destruction” wieje blastami i… nudą.

W parze z mało wyrazistym materiałem idzie niestety brzmienie. Nie jest to produkcja o jakiej death/grindowa formacja mogłaby marzyć. Oprawa albumu przypomina mi raczej namiastkę mocnego, surowego brzmienia, jakie można było wycisnąć z tego materiału w dobrym studio. W tym przypadku zadecydowały pewnie względy ekonomiczne ale muzyka Porphyria bardzo dużo traci przez mało ambitne podejście do tematu realizacji, tym bardziej w dzisiejszych czasach gdy niejedna produkcja z „home studio” potrafi naprawdę zmasakrować.

„Death Grind Drstruction” w końcowym rozrachunku to materiał po prostu słaby.

Wiesław Czajkowski