PORCH – Walking Boss

Nie jestem wszechwiedzący, dlatego dotychczas nie spotkałem na swojej drodze zespołu Porch z Oakland. Błąd, bo istniejąca z przerwami od 94 roku załoga to zacny kawał hałaśliwej i niezależnej Ameryki w wydaniu, które zawsze rozpala mnie do białości. Może ta emfaza jest tu niepotrzebna, jednak atencja, jaką darzę noise i matematyczne granie z Jedynie Słusznej Dekady, skutecznie rozgrzesza mnie z braku jakiegokolwiek dziennikarskiego obiektywizmu.

Porch to alternatywna supergrupa. W składzie na gitarze hałasuje niejaki Todd Huth, lepiej znany jako członek wczesnego Primusa i jego mutacji – Sausage a to już daje pojęcie o umiejętnościach tego pana. Towarzyszą mu basista Christopher Frey, pogrywający swego czasu w Today Is The Day (nie ogłuchł?!) i nieco mniej znany pałker Michael Jacobs (Brookhaven). Czyli idealne power trio, które już z racji powyższej wyliczanki może budzić niezdrowe emocje. Nowa płyta, która jest już bodajże trzecią w dyskografii, to doskonałe, wysmakowane i bardzo ogarnięte uderzenie mające za swoich ojców Shellac, The Jesus Lizard, ale także gdzieś w tle primusowe rozedrganie. Od pierwszych dźwięków słychać, że zespół stylistykę przyswoił wręcz idealnie – suche, zdyscyplinowane bębny (mocno po linii Westona i Staniera), skrzecząca metalicznie gitara (ukłon w stronę Albiniego) i bas, który może po kilku sekundach wyrwać flaki. Szczególnie ustawienie sekcji rytmicznej jest tu znamienne dla minionej epoki. Analogowe, surowe przestrzenie i oszczędność, choć w jego ramach zespół bardzo często wychodzi poza standardowe metrum. Sam Todd daje znać o swoich umiejętnościach niemal w każdym numerze, jednak dla mnie szczególnie ważne są: otwierający płytę, ośmiominutowy (kto zaczyna krążek od takiego kolosa?), startujący od lekkiego ambientu „Heart Attack” i „Blow The Clown”, w którym zespół najwyraźniej postanowił przedstawić swoje credo – jest więc helmetowska matematyka, jest oszczędny, duszący się wściekłością noise, ale także dziwne, odjeżdżające w psychodeliczne rejony szaleństwa gitary, pokazujące, że Todd ma daleko szersze inspiracje, ocierające się o jazz czy nawet muzykę konkretną. Doskonały numer. Między tymi filarami dzieje się dużo – raz agresywnie, mocno z soczystym brzmieniem gitary, to znowu minimalistycznie, bardzo oszczędnie kładzione frazy powodują, że nie sposób się przy tej płycie nudzić, choć warto też zaznaczyć, że jest to muzyka dla bardzo konkretnego odbiorcy.

Jest w tym wszystkim taka, lekko uwierająca konkluzja, że jednak te dźwięki już wcześniej słyszałem. Z jednej strony bardzo mnie cieszą, jak produkcje każdego zespołu, który oddaje cześć chicagowskiej szkole łojenia, z drugiej od takich muzyków oczekiwałbym czegoś choć trochę nowego. Wiedząc, że te słowa zaczynają trącić lekką hipokryzją, daję pięć punktów. Myślę, że to dostateczne wyróżnienie.

Arek Lerch

Pięć