POPSYSZE – Popstory (Nasiono Records)

Dobrego rock’n’rolla nigdy za wiele a jeśli jeszcze grany jest przez trio z trójmiasta, musi być dobrze. Popsysze (swoją drogą, co za nazwa…) rozpoczął działalność w 2008 roku i aktualnie dorobił się wreszcie debiutanckiej płyty. Tytuł może sugerować jakieś indie – mazgajenie, jednak okazuje się, że podstawa muzyki gdańszczan jest jak najbardziej rasowa i hałaśliwa. Cała reszta to już inna historia…

Nie będę się w tym miejscu rozwodził na temat trójmiejskiej aury, która powoduje, że gros wykonawców z tego miejsca potrafi w swojej muzyce mniej lub bardziej dosłownie przemycić jakiś luz, tego rcok’n’rollowego viba, bez którego pieśń zaczyna dostawać skurczu od spiętych pośladów. Podstawą jest tu niewątpliwie rock, rozkraczający się między wyspami (maniera wokalna) a Ameryką (dalekie echa stoner’a po linii Queens’). Co ciekawe, zamiast prostego riffowania i takoż nabijanych rytów, zespół kapryśnie koślawi standardowy sposób gry w takiej manierze, tworząc tym samym zaskakująco oryginalne dźwięki. Do tego dochodzi skłonność do improwizacji, która to z kolei prowadzi myśl do pierwszej płyty Pogodno. Zespół do cna wykorzystuje możliwości rockowego trio, udowadniając, że jest to jedyny, słuszny układ, na tyle inspirujący, żeby pokombinować i na tyle zwarty, żeby odpowiednio przydzwonić w łeb. Równie ciekawie prezentują się partie wokalne. Wspomniane powinowactwo z Wyspami jest, jednocześnie Jarek, obsługujący też gitarę przemyca tu całkiem sporo melodii, choć o na temat rzekomej przebojowości tego materiału mógłbym się pokłócić.

„Popstory” to płyta z gatunku tych, na których nie słuchamy kompozycji czy melodii, ale raczej rozwiązań aranżacyjnych (bardzo podobnie mam z „Shipwreck” The Black Tapes…), poszczególnych patentów, które powodują, że przygoda z „Popstory” jest tak fascynująca. Jednocześnie zespół nie zapomina, że nie chce grać dla garstki maniaków w okularach i przydługich swetrach, podając swoją muzykę w stosunkowo prosty sposób, co sprawia, że nawet najdziwniejszy fragment płyty nosi tzw. piosenkowy sznyt. I ten właśnie, fikuśny balans między odjazdem a popową wrażliwością, z dodatkiem stooges’owo/rockowej zadziory powodują, że muzyki fajnie się słucha. A czy w rozrywkowej sztuce chodzi o coś więcej? Chcę podumać przy gitarowych zakrętach – proszę bardzo. Chcę tupnąć nóżką – również jest taka możliwość. Może nie powstała najbardziej uniwersalna muza na świecie, ale Popsysze, jeśli tylko zrezygnują z niezjadliwej nazwy, mogą tu i ówdzie pobrylować, zastępując np. Pustki czy Nancy Regan.

 

Arek Lerch