POLYPHIA – Muse

Żałuję, że – niestety – brak mi wiedzy z teorii muzyki, aby móc w pełni opisać to niewątpliwie genialne, prog metalowe dzieło. Wielu powie, że to muzyka dla muzyków, ale tak naprawdę można by w ten sposób opisać sporą część najlepszych, nie tylko tegorocznych wydawnictw. Po prostu, prog metal, czy djent, jak kto woli, na podwalinach jazz i fusion, robi „robotę” o której „zwykłe” metale mogą pomarzyć. Panie i panowie, przed państwem Polyphia, kandydaci do miana debiutu roku.

Nastał czas, kiedy to instrumentalny metal (rock i pochodne) dominują. Moment, w którym pojedynczy muzycy tech death metalowych i innych zespołów (od The Faceless przez Scale The Summit po nasz Disperse itd) nagrywają doskonałe, wyborne, a przede wszystkim, nietuzinkowe i nie dające się łatwo zaszufladkować albumy. O panach ze Scale The Summit jeszcze niejednokrotnie usłyszycie, nie tylko na Muse. Zresztą, wszyscy zaproszeni przez Polyphię goście to mniej lub bardziej znani bogowie gitary, którzy stopniowo zastępują „legendy” (największa nadzieja nie tylko w naszym Jakubie Żyteckim, ale przede wszystkim w Jasonie Richardsonie). Przy okazji, dokładając kolejne cegiełki do własnej. Brakuje tu tylko Seana Halla, byłego czarodzieja z Elitist, Davida Maxima Micica z Destiny Potato i kogoś z Monuments, a biłbym pokłony niczym pielgrzymi na Jasnej Górze. Rzecz to wprost niebywała, momentami może nawet nieco zbyt przekombinowana, ale czuć w tych dźwiękach pasję i serducho, którego brakuje współczesnym, metalowym zespołom spoza nurtu prog. Oczywiście, faktycznie, jest to muzyka dla muzyków, choć nie tak połamana jak najnowszy projekt innych bogów z Between the Buried and Me, czy tak pokręcona jak działalność innego zaprzyjaźnionego sztukmistrza – Chimp Spannera. Ten ostatni, gdyby został poproszony, z pewnością dodałby do tej mieszanki funkowego posmaku, no i metalowego kopa, którego miejscami, mimo wszystko brakuje.Polyphia band

Jest taki termin „guitar driven”, który do Polyphia pasuje jak ulał. Wszystko, absolutnie, jest tutaj podporządkowane solowej grze poszczególnych instrumentalistów i nie sposób opisywać poszczególne utwory z osoba. Jednakże, Polyphia to nie tylko feat na feacie, ale głównie fantastyczny kolektyw młodych ludzi, którzy za cel obrali sobie wkraść się do serca fanów gitarowej muzyki grając dźwięki złożone, a jednak tak melodyjne, że nie sposób ich nie nucić. Sukces? Prawdziwy i jedyny w swoim rodzaju, gdyż aspekt techniczny „Muse” przeciętnego słuchacza przy pierwszym odsłuchu odrzuci, a potem, cóż, ciężko nie zakochać się po uszy. Jedynym mankamentem jest trochę mało profesjonalne jak na takich muzyków potraktowanie basu, który pełni tutaj rolę (choć nie zawsze) wypełniacza. Beczki plastikowe, ale nie przeszkadza to w odbiorze. Wręcz przeciwnie, dzięki temu każdy dźwięk jest selektywny i słuchacz ma wszystko podane jak na (polirytmicznej) tacy.

Grzegorz „Chain” Pindor

Sześć