POGAVRANJEN – Sebi Jesi Meni Nisi (Arachnophobia Records)

Chorwacka scena metalowa to dla mnie twór zdecydowanie enigmatyczny. Prawdę mówiąc, do tej pory nie znałem chyba żadnego zespołu z tego pięknego kraju będącego kierunkiem wakacyjnych wojaży rodaków. Jeśli jednak myślicie, że „Sebi Jesi Meni Nisi” jest rozrywką podobnej klasy co spacer wieczorową porą urokliwymi uliczkami Splitu (obowiązkowo w sandałach założonych na grube skarpety i z „reklamówką” w łapce), muszę, niestety, boleśnie was w tej chwili rozczarować. Drugi album Pogavranjen to płyta dzika, chora i obłąkana, prawdziwy lot schizofrenika nad zgniłym kukułczym gniazdem…

Album ten nie jest rzeczą najnowszą (zespół ma już prawdopodobnie gotowy, kolejny opus), ale skoro dopiero w tym roku doczekał się oficjalnego wydania więc nawet łowcy nowości powinni poczuć cię uradowani tym, że zwrócę dziś uwagę akurat na tę płytę. Prawdę mówiąc, długo zastanawiałem się czy warto. Pierwsze chwile z Pogavranjen to nic innego jak osobiste i bolesne walenie głową w ścianę.

Chciałoby się powiedzieć: oto mamy zespół, który podąża ścieżką wydeptaną przez X lub Y lecz w tym przypadku tak łatwo nie będzie. Oczywiście, budując opinię trzeba osadzić twór w kontekście, ale co wtedy gdy ów zbudować trzeba jakby od podstaw? No właśnie. Pogavranjen lokuje się gdzieś na rubieżach sceny black metalowej w pełnej ohydy i brudu niszy, którą od czasu do czasu odwiedzają jedynie projekty łączące black z industrialem. Nie chodzi tu bynajmniej o to, że chorwacki ansambl sięga z rozkoszą bo odpychający, zimny industrialny sound; w istocie rzecz zamyka się w podobnym, realnie ekstremalnym i bezkompromisowym podejściu do muzyki. Forma jest tu traktowana, mam takie wrażenie, jedynie jako narzędzie to przekazania do cna odpychającej treści. Całość dźwięków jakie do nas docierają odbierać można co najmniej dwojako. Mamy tu bardzo zgrabne i świadome połączenie opętanego chaosu, brudnego brzmienia, elektroniki i odrobiny melodii oraz dzikich wokali. Starannie zaplanowane i uknute przez muzyków, którzy w pełni panują nad tym co robią. Ale mamy też lot zupełnie chory. Lot, przy którym zasadne jest pytanie „gdzie jest, k**** pilot?”. Nie ma. Zdechł. Zgnił. Siedzi w pokoju bez klamek.pogavranjenFOTO

Obok tego wszystkiego lub niejako na froncie lokują się dość czytelne nawiązania do z francuska traktowanej, black metalowej awangardy, ale w moim odczuciu to podobieństwo dotyczy nie odniesień do konkretnego zespołu a kreatywnej wolności, która pozwala łączyć intensywny, chory chaos z melodią, zimnymi syntetykami i wypluwanymi z furią krzykami. Chwilami odnieść można wrażenie, że zespół gubi się w poszukiwaniach i zamiast prostej pętli tworzy muzyczny węzeł gordyjski. Jednak już przy kolejnym odsłuchu okazuje się, że to co wydawało się jedynie zlepkiem hałasów różnego formatu jest w istocie bardzo kunsztownie zbudowaną figurą.

„Sebi Jesi Meni Nisi” to materiał dekadencki i bezkompromisowy. Obcując z dziełem Chorwatów zaliczam totalną huśtawkę nastrojów: od niezrozumienia po uwielbienie. Intrygujący ferment jaki sieje ta płyta stawia ją dziś w gronie najciekawszych wydawnictw ubiegłego roku.

Wiesław Czajkowski

Pięć