PLUJĘ SMOŁĄ – Miłość od pierwszego złamania

Uwaga, pytanie naukowe! Czy w metalu istnieje bardziej zszargana forma od tej uchodzącej za rzekomo progresywną? Glam metal teoretycznie obśmiewa się we wszystkich stronach świata, lecz gdy za oknem ponurych domostw goszczą pierwsze promienie letniego słońca, każdy nieśmiało nuci „Pour Some Sugar On Me” Def Leppard. Power metal i rozlana na torsach muzyków Manowar oliwka również od dawien dawna stanowi fantastyczny temat do nieśmiesznych żartów pośród długowłosej braci. Ale czy takiego Sanctuary słucha ktoś z zażenowaniem wymalowanym na twarzy? No właśnie… Prowadzi to do prostej konkluzji: nie, nie ma bardziej znienawidzonych w metalu od połamańców. Jeżeli nie jesteście tego pewni, pomyślcie czy lubicie Dream Theater. A jak już pomyślicie, zerknijcie w dół. Tam czekają na was Haken i Moon Tooth. XXI-wieczni spadkobiercy progresywnej spuścizny, której kłaniają się w pas, spiskując w najlepsze z innymi stylistykami, co by za bardzo nie nudzić.

W przypadku Haken nie jest to od początku takie oczywiste. Debiutancki „Aquarius” i wypuszczony w rok po nim „Visions” są albumami robionymi podług ścisłych, podręcznikowych zasad i kryteriów tzw. skomplikowanej muzyki. Gdyby powstała (choć i tak pewnie nie powstanie…) lektura pt. „Prog metal dlaAffinity opornych”, dwa pierwsze dzieła Anglików z pewnością figurowałyby na bardzo wysokich pozycjach tejże. Ledwie dwóch lat potrzeba było chłopakom, by dojść do wniosku, że w muzyce można zrobić coś swojego. I tak powstało „The Mountain” rozpychające się w ciasnej kolejce na gęsto obstawiony piedestał prog metalu – krążek to majestatyczny, pełen patosu, kipiący bogactwem palcołomnych sztuczek. Dziwi wobec tego najnowsze „Affinity”, które miast usilnego parcia w śmieszność, atakuje bajecznymi melodiami (których kumulacja następuje w singlowym „Earthrise”) i eleganckimi kompozycjami. Brytyjczycy nie boją się elementów elektronicznych, które przebijając się przez dźwiękowe pejzaże, stanowią ciekawą, spinającą wszystko klamrę. Nawet wokalista, Ross Jennings, poszedł po rozum do głowy i wybrał operowanie przestrzennymi partiami wokalnymi, a nie – jak to niegdyś bywało – dobijanie do rejestrów godnych nimf wodnych.

ChromaparagonLondyn od Nowego Jorku dzieli 6,5h swobodnego lotu samolotem, lecz propozycje muzyczne nieco hermetycznego Haken i nadpobudliwych szaleńców z Moon Tooth to dwa zupełnie różne światy, choć szufladka jedna. Chromapagon tych drugich w porównaniu z bajkowym światem Haken jawi się jako psychiczny i nieobliczalny wariat. Wariat, którego nikt nie jest w stanie okiełznać w drodze do autodestrukcji. Czy muzyka Moon Tooth do takowej może zaprowadzić? Gatunkowych ortodoksów z pewnością, bo ci jegomoście wkroczyli na fundament zagmatwanego metalu dzierżąc w dłoniach oręż eklektyzmu. I tak oto przy schorowanych melodiach, kojonych od czasu do czasu estetyką środkowego, uduchowionego Pearl Jam, postawili mechanikę wypranego z emocji djentu, muzykę alternatywną i przebijającą się tu i ówdzie motoryką żwawego thrashu. Intrygujące, prawda? A jak popędzą już na złamanie karku, to aż strach pomyśleć, gdzie zakończy się ten oszalały pościg w zakazane terytoria…

Haken i Moon Tooth dobitnie utwierdzili mnie w przekonaniu, że do bólu skostniały metal progresywny obecnego tysiąclecia ma w zanadrzu jeszcze parę asów. Jeśli odczuwacie zbyt wyraźne znużenie ofertą „tytanów” gatunku, zbadajcie brytyjsko-amerykańską, stylistyczną odsiecz tych państwa. Tylko ostrożnie, proszę, nie dajcie się złamać!

Haken – Affinity (InsideOut Music)

Moon Tooth – Chromaparagon (-)

Łukasz Brzozowski