PLINI – Handmade Cities (wyd. własne)

Po wydaniu oktyliona ep-ek, splita i trasie koncertowej z kultowym Cynic, australijski wirtuoz 6 strun, a przy okazji fan satrianiowsko-govanowskich patentów, zdecydował się na wydanie pełnoprawnego debiutu. Czy solowe popisy wybitnie uzdolnionego grajka i jego znajomych są czymś nowym w muzyce rozrywkowej? Pytanie retoryczne. Czy uskutecznianie kojących melodii na tle wybujałej, wysoce skomplikowanej rytmiki zaskakują? W życiu. Poza tym warto dodać, że Satch i Govan mają setki, jeśli nie tysiące naśladowców, więc co takiego posiadł niepozorny Australijczyk?

Ano, dar do tworzenia wyśmienitych kompozycji. Oryginalności w nich tyle, co mleka w kartoflach, lecz co z tego? Fakt, oszczędność i jednoczesne rozpasanie pomysłowych solówek aż kipią wpływami dwóch panów wymienionych kilka linijek wyżej. Plini jednak nie pozostał wierny odwzorowywaniu dokonań bossów w skali 1:1. Onirycznej melodyce nadał swój sznyt, mechaniczną rytmikę zupełnie powykręcanych riffów w tle przyodział w znacznie przejrzystsze, a przede wszystkim niebywale klarowne szaty. To już nie jest nieco pretensjonalne epatowanie mocą dziesięciu palców z nierównego „Sweet Nothings”. Na próżno szukać tutaj aż nadto wydumanych pomysłów z „The End of Everything”, bądź tych średnio rozwiniętych, wypełniających „Other Things”. Naprawdę lubię wypisane wyżej materiały, aczkolwiek oprócz tych wad mają jeszcze jedną, wyjątkowo irytującą po pewnym czasie od pierwszego się zeń zetknięcia się. Mowa oczywiście o braku tej przysłowiowej „kropki nad i”. Rzeczone wydawnictwa wyprodukowano na świetnym poziomie, perfekcyjnie obrobiono i ułożono w jedną całość, lecz zabrakło tego, co mogłoby rozpalić tę beczkę prochu z napisem „dzieło skończone”. Bohater tego tekstu najwidoczniej przemyślał kilka rzeczy, skompletował swój zespół (w którym palce łamał także nasz rodak – Jakub Żytecki), a po owocnej trasie z amerykańskim Cynic zaczęto tworzyć. No i chłopaki stworzyli rzecz przepiękną. Przy obcowaniu z „Handmade Cities” wreszcie nie towarzyszyło mi uczucie słuchania zbioru losowych nut spisanych na kolanie w obawie przed naciskami fanów o zbyt długie przerwy między jednym krążkiem a drugim.Plini

Boskie melodie grają pierwsze skrzypce na debiutanckim długograju Australijczyka. Ów pan wreszcie zrozumiał, że to wpadające w ucho dźwięki są najlepsze. Nie te, które ciągną się w nieskończoność bez żadnego celu. Techniczne wygibasy występują w ilościach sporych, aczkolwiek dawkowanych ze zdrowym rozsądkiem i umiejętnie wymieszanych z fragmentami smooth-jazzu. Ale zaraz, czy jazz nie jest skomplikowany? No, jest, tylko że u Pliniego im ciszej, tym prościej. Przeładowane patosem elementy rockowo-metalowe to wręcz kopalnia różnorodnych pomysłów, ale te wyjątkowo spokojne, relaksacyjne wręcz? Zupełnie inna bajka – oniryczne melodie, kojące zagrywki, oszczędne dźwięki, zwyczajnie tyle. Niezwykle miło jest, gdy artysta pojąwszy, co robi źle, w końcu poprawia się i z następnych konfrontacji z takimi zgorzknialcami jak ja wychodzi już obronną ręką. Nawet mój wrodzony pesymizm nie pozwala mi dostrzec jakichkolwiek większych minusów na „Handmade Cities”. No zwyczajnie nie. Czołówka w roku wydawniczym 2016.

Łukasz Brzozowski 

Pięć i pół