PLANKS – Funeral Mouth (Golden Antenna Records)

Mogę się założyć, że kiedy znudzeni konsumpcyjnym stylem życia norwescy nastolatkowie zapragnęli pobawić się w wysłanników diabła, żadnemu z nich nie przyszło do głowy, że ich twórczość będzie kilkanaście lat później inspiracją dla muzyków ze sceny alternatywnej czy hardcore’owej. Tak już jednak w przypadku black metalu bywa, że jedna ironia losu goni drugą (przypomnijmy choćby zwrot orędowników „Norsk Arisk Black Metal” w stronę punka, czy słynny „coming out” wokalisty Gorgoroth). Rzecz jednak nie w tym, by zastanawiać się nad zasadnością łączenia tak odległych gatunków i rozpoczynać w tym miejscu rozważań na temat hipsterstwa, bo zazwyczaj bywa to równie żałosne co podziały na „prawdziwych” i „pozerów” znane z lat 90.

Zespoły takie jak Planks funkcjonują zresztą gdzieś na obrzeżach całego tego zamieszania, z dala od lanserskich magazynów i rządnych taniej sensacji dokumentalistów-amatorów. Tu nikt nie zabija kolegów, nie głosi wyższości krzesiwa nad kuchenką elektryczną, ani nawet nie próbuje podcinać sobie żył w desperackim akcie windowania swoich wypocin do rangi sztuki. Celowo użyłem na początku tego akapitu liczby mnogiej, bo nawet przy dużej dawce dobrych chęci trudno do pleców Planks doczepić łatkę prekursorów. Podobnie jak Tombs czy Altar of Plagues wpisują się w pewien nurt i bezpiecznie kroczą po śladach artystów większego kalibru. Nie oznacza to jednak, że bardziej wymagający słuchacz nie znajdzie tu niczego dla siebie. W końcu ważne jest nie tylko jakim językiem muzyka do nas przemawia, ale przede wszystkim to, co ma nam do powiedzenia. „Funeral Mouth”, choć oparta jest na podrasowanych black metalem zabiegach formalnych zapożyczonych od Neurosis, potrafi zabrać słuchacza w kilkudziesięciominutową podróż, która będzie czymś więcej niż tylko hołdem dla kilku klasycznych płyt z tej samej szuflady gatunkowej. Gdzieś za tym wszystkim, w gąszczu zawiesistych dźwięków, czają się bowiem potężne emocje, uzasadniające użycie takiej właśnie, a nie innej formy.

Planks na pewno nie jest zespołem dla tych, którym post-metalowy apetyt zaspokajają płyty Isis czy wymienionych wyżej bogów gitarowego transu z nazwą na literę „n”. Nie przekona też metalowców z kserokopiarki, marzących o czasach, gdy znaczki pocztowe smarowało się mydłem. Spodobać się może głównie tym, którzy bardziej od oryginalności cenią w muzyce ładunek emocjonalny i umiejętność wykorzystywania zastanej wcześniej formuły do opowiadania własnej historii. Nie znajdziecie tu żadnych muzycznych fajerwerków, bo muzyka Planks bardziej przypomina spacer cmentarną aleją niż rodzinne popołudnie w lunaparku. Być może nie odmieni ona niczyjego życia, ale na pewno potrafi się sprawdzić jako chwila oddechu i ucieczki od miejskiego zgiełku. Czasem nie potrzeba niczego więcej.

 

Michał Spryszak