PLANKS – The Darkest Of Grays (Per Koro Records)

Planks to kolejny zespół, który zasila coraz liczniejszą populację smutnych, agresywnych i post metalowych grup uznających, że ponure zawodzenia, żółwie tempa i wszechobecny zgrzyt najlepiej podziałają na wyobraźnię słuchacza. W kilku miejscach faktycznie, coś zaczęło się dziać z moją podświadomością…

Druga płyta niemieckiego ansamblu to przykład dość eklektycznej i smakowitej mieszanki. Planks w porównaniu z poprzednim krążkiem, zatytułowanym nazwą zespołu, zdecydowanie spoważniał, uprościł nieco swoje kompozycje i postawił raczej na zwarty, mocarny atak. Doskonałym przykładem przechodzenia w mrok jest „Sacreed And Secret”, gdzie obok black metalowych blastów przedziera się do świadomości słuchacza sludge metalowy, duszny, niemal gotycki (w dobrym znaczeniu…) klimat. Szkoda, że zespół nie zdecydował się na więcej takich zabiegów. Na szczęście – im bardziej w głąb płyty, tym ciekawiej i odważniej poczynają sobie muzykanci. Bo jest tu i plemienna, zapętlona dudniącymi półkotłami rytmika, jest sporo nawiązań do dawno zapomnianych, niezależnych z lat 90 – tych. Są też momenty całkiem chwytliwe. Szczytowanie płyty to „Long Live Depravity”, gdzie znakomity, tłumiony riff zderzony z motorycznym graniem porywa i zachwyca niezwykłą plastycznością. Jest trochę łamania  i kombinowania z aranżacjami po linii chicagowskich tuzów minionej dekady, ale zasadniczo chodzi bardziej o uchwycenie klimatu niż zgwałcenie uszu słuchacza. Kolejna perełka „Fallen Empires Are Ruling”.  przenosi nas bliżej majestatycznego rock/metalu Tool. Zaś najdłuższy na płycie kawałek tytułowy to mistrzostwo ciekawego aranżu, łączącego nerwowe granie z przestrzennymi, klimatycznymi przełamaniami. W środkowej części tegoż utworu zaskakujący jest zabieg włączenia rwanego unisono sekcji i gitary w najlepszej tradycji Helmet. Oprócz tego są jeszcze małe, akustyczne kody w stylu „Fantasmes”, całość kończy się zaś fortepianowym postludium „Casket City”.

W sumie okazuje się, że wszystko przed Planks zrobili bardziej znani i uznani koledzy, bo kłania się tu i Neurosis i Mastodon i gwiazdy noise rocka z katalogu Amphetamine Reptile. Te nazbyt miejscami natrętne skojarzenia nie psują mi jednak odbioru,  co najwyżej prowokują do jeszcze dalej posuniętych poszukiwań. Jednak trzeba oddać grupie sprawiedliwość – ewentualne braki w oryginalności nadrabiają dobrymi kompozycjami, bo riffy ewidentnie zapadają w pamięć i powodują, że kilka kwadransów z „The Darkest Of Grays” mija bezboleśnie i co najważniejsze – chce się do płyty wracać.

Arek Lerch