PJ HARVEY – The Hope Six Demolition Project (Island/Universal)

W mediach zaczyna się szał pt. „płyta roku na 100%” a wszystko dotyczy nowego krążka brytyjskiej outsiderki Polly Jean Harvey. Artystki, która swoimi pomysłami, woltami stylistycznymi i energią mogłaby obdzielić cały legion muzykantów czy tekściarzy a i tak zostałoby jej jeszcze sporo pomysłów. Czy faktycznie nowe dzieło stanie się alternatywnym hitem 2016 roku? Być może tak, ale mam wrażenie, że głównie wśród dziennikarzy. Tłum nie lubi, kiedy śpiewa się o tym, że nie jest dobrze a płyta wymaga czegoś więcej niż słuchanie podczas zmywania naczyń.

Trudno jednoznacznie ocenić dokonania PJ Harvey, bo ciągłe zmiany nie pozwalają wrzucić jej do jednego worka. W zasadzie ma tyle twarzy ile nagrała płyt i każda z facjat wydaje się być w danym momencie szczera i wynikająca z aktualnej potrzeby. Oczywiście, dużo łatwiej zaakceptować te bardziej alternatywne oblicza, w postaci świetnej i hałaśliwej odsłony „Rid of Me” niż pseudo klasycystyczne, oparte głównie o partie fortepianu melancholie z „White Chalk”. A to przecież tylko początek, bo Polly równie dobrze czuje się w elektronicznych szatkach („Is This Desire”) czy niemal przebojowym indie („Stories from the City Stories from the Sea”). Można tak wymieniać w nieskończoność. Pozostaje jedynie konkluzja, że Harvey jest w dzisiejszym, brutalnym świecie jedną z nielicznych postaci, które nie dały się ostatecznie skurwić i nadal tworzą na własnych, rygorystycznie przestrzeganych warunkach. A cała reszta może – albo i nie – zaakceptować ten stan…PJ Harvey

Nowa płyta to właśnie kolejny przykład rzeczonej niezależności. Polly zbierała doświadczenia jeżdżąc po różnych, mniej lub bardziej przyjaznych zakątkach świata i wyrabiając sobie opinię na temat współczesnego życia, które wydaje się być coraz gorsze, mimo postępującej technicyzacji. Okazuje się, że świat jest piękny, ale jednocześnie potrafi być okrutny a w tym okrucieństwie przoduje Wielki Brat z symbolem dolara na czele. I te wszystkie wnioski Polly postanowiła z przejęciem przekazać słuchaczom (pomijam tu kwestię, ile w tym prawdy a ile potrzebnego mimo wszystko marketingu…). Myślę, że właśnie taka idea przyświecała jej podczas nagrań najnowszej płyty, która w dużej mierze zdaje się być czymś w rodzaju protestu Polly w starej, dobrej tradycji flower power. Mamy zatem muzykę, która niejako towarzyszy słowom, stojąc nieco z tyłu i pełniąc rolę tła. A my sobie wędrujemy od Afganistanu aż po Waszyngton. Nie sądzę by była to tylko sztucznie pompowana kreacja, bo pani Harvey słynie z braku kompromisów. Dlatego… mimo wszystko, mogę jej uwierzyć. Rzecz jasna, nasza bohaterka jest starą, muzyczną wyjadaczką, dlatego postarała się by nadać słowom jak najbardziej uniwersalny sznyt. Nie ma kaznodziejstwa, nie ma prób udzielenia odpowiedzi na pytanie „dlaczego?”, jest trochę beznamiętne pokazywanie pewnych obrazów a co my z nimi zrobimy to już inna sprawa. Wspomniana, ilustracyjna muzyka dzieje się gdzieś obok, ale absolutnie nie można jej bagatelizować. Po pierwsze – bo znalazło się tu miejsce dla całej plejady doskonałych muzyków, poza tym – nie na darmo PJ Harvey współpracowała z takimi mistrzami muzycznej gawędy jak Nick Cave, żeby nie umieć odpowiednio budować napięcia. Cave jest tu zresztą duchowym mentorem i jego styl pojawia się w kilku miejscach – „River Anacostia” czy „The Ministry of Defense” to najlepsze przykłady ponurych balladzisk, gdzie snujący się wolno podkład świetnie ilustruje wynurzenia Polly. Ciekawym pomysłem było zaaranżowanie całej baterii instrumentów dętych, które czasami budują paranoiczny klimat „The Ministry of Social Affairs”, by w “Chain of Keys” skręcić w stronę pomrukiwania w stylu Morphine. Takich porównań można wysnuć jeszcze kilka, np. W “Medicinals” usłyszymy rozedrgane echa GOAT a “The Wheel” nawiązuje do starego rocka spod znaku Rolling Stones. Oczywiście, wszystko jest odpowiednio zaaranżowane, kompozycje są wielowarstwowe, dzięki czemu każda kolejna sesja pozwala odkrywać schowane gdzieś pod powierzchnią zagrywki i brzmienia. Płyta nie jest specjalnie łatwa w odbiorze; trzeba podejść do niej jako całości, zrozumieć co chce nam Polly przekazać. Stopniowo okazuje się, że być może faktycznie mamy do czynienia z jednym z najlepszych dzieł brzyduli.

Nie sądzę, by PJ Harvey ucieszyła się na wieść, że nagrała najlepszą płytę 2016 roku. Dużo bardziej ucieszyłaby się, słysząc, że za sprawą „The Hope Six Demolition Project” udało się poruszyć kolejny bastion ludzkich oporów i przekonać, że nie należy wierzyć w to co starają się nam przekazać możni tego świata. Bo oni przecież – co powszechnie wiadomo – kłamią jak najęci. Posłuchajmy zatem  „The Hope Six Demolition Project” i zróbmy sobie małą rewolucję, ot, chociażby w naszym pokoju…

Arek Lerch

Zdjęcie: Maria Mochnacz

Pięć i pół