PIXIES – Head Carrier (Pixies Music/PIAS)

Magia powrotów. Przekleństwo Reunionów, sentymentalne przynudzanie. Tak, dokładnie w taki sposób odbieram ten cały i lekko już męczący festiwal powtórek. I wcale nie dlatego, że za mało w tym życia, a za dużo wyrachowania. Po prostu, kiedy raz na 10 lat reaktywuje się jedna, ew. dwie kapele, które faktycznie nie grały ze sobą dwie dekady, jest w tym coś elektryzującego. Kiedy Zed Zeppelin zapełnił londyńską O2 Arena, mimo, że nie do końca mi pasował ich powrót w niepełnym – z widomych przyczyn – składzie, poczułem dreszczyk na myśl, że mógłbym tam być. Jednak to wstawanie z grobu zwyczajnie spowszedniało. Ba, powoli przekonuję się, że wielu artystów kończyło działalność z ściśle zaprogramowanym planem powrotu za kilka lat, ot, żeby podkręcić senny klimat wokół zespołu. Gdzieś obok piszemy o nowym – ostatnim – dziele Dillinger Escape Plan. Kończą działalność i już dzisiaj wszyscy zaczynają się podniecać prawdopodobnym reunionem! Zastanawiamy się nad tym w kontekście nowej płyty Pixies. Zespołu swego czasu bardzo wpływowego, zarażającego swoim graniem nie tylko Kurta Cobaina, ale całe rzesze indie rockowców. Zespołu prostego, banalnego wręcz, ale w jakiś sposób intrygującego. Ale też i grupy w zasadzie dwóch płyt. „Surfer Rosa” i „Doolittle” to klasyki i nic ich nie przebiło. A na pewno nie zrobiła kuriozalnie słaba płyta „Indie Cindy”, którą zespół zainaugurował swój comeback. Dzisiaj, po premierze „Head Carrier” czuję się nieco lepiej, bo płyta w części przywróciła mi wiarę w poczynania Franka Blacka. Nie ma Kim, bas dzierży Paz, nie zmieniły się za to piękne w swoim archaizmie, zgrzytliwe partie gitarowe. I choć nie uświadczymy tu przebojów, jestem w stanie – w przeciwieństwie do Pawła – dać zespołowi szansę. Jeszcze jedną. Z sentymentu? Może…

Paweł: Muszę Ci powiedzieć, że odświeżyłem sobie dzisiaj poprzednią płytę, „Indie Cindy”, i spojrzałem na nią nieco łaskawszym okiem. Nadal uważam, że jest to album bezpłciowy i nudny, ale znajdzie się tam parę ładnych piosenek, czego dwa lata temu bym nie powiedział. Ja już chyba od Pixies niczego więcej nie oczekuję – kilka ładnych melodii mi wystarczy. „Head Carrier” jest nieco ciekawszy od poprzedniczki, ale to nadal krążek z rodzaju „posłuchać i zapomnieć”. Raczej nie będę to niego zbyt często wracał.

Arek: Zaczynasz ostro. Cóż. Ja o Indisindi zdania nie zmieniam. To chujowy krążek i tyle. Nie wyszło. Mieli wydać ze dwa single zwiastujące powrót i popracować nad muzyką. Płyta jest nudna, niefajna, bezpłciowa i wymęczona. No i ten kretyński tytuł… Z drugiej strony, co ma zrobić zespół, który wpisał się w historię muzyki popularnej, jest uważany z prekursora indie i na pewnym – wczesnym – etapie zbawiał rocka?

Paweł: Lepiej by było, gdyby na „Tromple Le Monde” skończyli?

Arek: Trudna sprawa, bo nikomu nie chcę zabraniać grania, ale fakt, jestem die hard fanem „Surfer Rosa” i „Doolittle”. To płyty idealne, zamknięte i kapitalne, mimo, że lata 80. utonęły w mroku. Fakt, ani „Bossanova” ani „Tromple…” nie robiły już takiego wrażenia. Po prostu – grali, ale już bez tej iskry, tego ekscytującego klimatu. Który – co może Cię zdziwić – wyczuwam na nowej płycie. Nie idealnej, ale mającej w sobie coś pociągającego. Dwa riffy na numer. Proste jak cep, ale fajnie włażące w łeb.

Paweł: Dla mnie problem z tym XXI-wiecznym Pixies jest podobny, co z The Stooges. Zrobili rewolucję, położyli fundamenty pod nowy rodzaj grania, ale kiedy chcą zagrać w swoim stylu kilkadziesiąt lat później, to brzmią… staro. Nie ma już tej iskry, tego powiewu świeżości, przez co zarówno „Ready To Die” Iggy’ego i spółki, jak i „Head Carrier” to co najwyżej krążki poprawne. A słuchaj, z czym kojarzy Ci się riff z „All I Think About Now”?

Arek: No to jest banalne i chyba wszyscy zauważyli, he, he. „Where Is My Mind” i kropka. Ok, się ulało przez przypadek Frankowi (choć ponoć było to zamierzone działanie…), zdarza się, faktycznie można by go posądzić o autoplagiat. Piszesz, że płyta nie ma iskry. Może i nie ma, nie każdy jest Michaelem Girą (śmiech). Ale jeśli nie ma iskry, to ma urok. Urok, stylowość i te jedyne w swoim stylu, gitarowe rzemiosło. Sposób gry, który może kojarzyć się z tą zapomnianą alternatywą przełomu lat 80. i 90. Łukasz Rychlicki z Kristen wspomniał w rozmowie, że nie rozumie tych wszystkich ludzi, co ciągle wzdychają do starej muzyki. Że jest dużo nowych rzeczy. Ok, ale skoro Pixies wrócili, to jest nowa muzyka, i to ją muszę przyjmować i oceniać. Właśnie – albo niestety – w kontekście przeszłości. Taki ich los. Drugiego „Doolittle” nie nagrają za cholerę, Kim Deal nie wróci, ale… daję im szansę. Może z sentymentu… A rewolucji drugi raz robić nie muszą. Zresztą, czas rewolucji minął i nie wróci.pixies

Paweł: Od razu słychać, kto tę płytę nagrał. I zgodzę się, że „Head Carrier” ma urok. Jest lekka, radiowa i taka przyjemnie banalna. No i fajnie, ale raczej przesłucham kilka razy, a jak będę chciał wrócić do Pixies to zapuszczę debiut albo dwójkę. Brakuje jakiegoś naprawdę mocnego hitu, czegoś w stylu „Here Comes Your Man”, czy wspomnianego „Where Is My Mind?”. Niby jest tu sporo chwytliwych melodii, ale takiego strzału między oczy, czegoś co momentalnie wbija się w głowę – brak.

Arek: Strzału nie ma, z tym się zgodzę. I w ten sposób dochodzimy do zasadniczego pytania – co miałby zrobić Frank? Zawiesić gitarę na kołku?

Paweł: Myślę, że to prędko nie nastąpi. Przecież nawet wtedy, kiedy Pixies mieli przerwę w działalności, Francis nagrywał solowe płyty. To chyba ten typ gościa, co to bez muzyki żyć nie może. I w sumie teraz wpadł mi do głowy pewien pomysł, a propos tych solowych projektów – może powinien, śladem wspomnianego już Iggy’ego Popa, zaprosić do współpracy kogoś młodszego? A w zasadzie nie tyle młodszego, co po prostu kogoś, kogo sam zainspirował. Pierwszy do głowy przyszedł mi Kurt Cobain, no ale wiadomo. Thom York? Damon Albarn? Mogłoby być ciekawie.

Arek: Mimo wszystko, Frank nie jest tak znany, żeby niczym Pop skusić samego Homme’a. Poza tym, mam wrażenie, że Frank jest jednak chimeryczny i nie do końca nadający się do współpracy. Gdzieś tam coś stało na rzeczy. Wracając do meritum – reaktywował zespół, jest druga płyta i tym razem udało się stworzyć solidną rzecz. Nie przełomową, ale taką, która ma dostarczyć zwykłej rozrywki. Co ciekawe – przecież pierwsze płyty Pixies też były proste i w zasadzie jednowymiarowe. Może po prostu czasy zmieniły się na tyle, że Pixies jest niepotrzebny? Albo – za dużo jest tej muzyki…

Paweł: Mówisz, że Frank to nie ten poziom popularności co Pop i ja się z tym oczywiście zgadzam, jednak przyznasz, że na scenie indie rockowej/alternatywnej jest to postać kultowa. No i tu pojawia się pytanie, które już wcześniej padło, ale pod nieco inną postacią – czy oni, znaczy Pixies, nie szkodzą sobie w pewnym sensie tymi nowymi płytami? Mogliby pozostać z czterema krążkami na koncie i pozostać w głowach wielu ludzi jako kapela, która nigdy nie zeszła poniżej pewnego poziomu. Ok, „Bossanova” i „Trompe Le Monde” to nie są dzieła wybitne, ale nie są też chujowe, jak to zgrabnie określiłeś w przypadku „Indie Cindy”. No więc, czy „Head Carrier” i – przede wszystkim – poprzedniczka nie osłabią trochę pozycji Pixies?

Arek: Jeśli osłabia, to indisindi. Po „Tromple…”, płycie w sumie dość też przeciętnej, nie było już takich oczekiwań. Oczywiście, fani, nostalgicznie wspominający dawną wielkość zespołu, cieszą się z powrotu i to powoduje, że zespół ma chęć do działania. Ale są też takie reakcje jak moja – nie miałem oczekiwań, nie czekałem na „Doolittle II”. Nie liczyłem, że w 2016 zrobią taki sam szum jak w 87 roku. Na to nie ma siły. Czekałem spokojnie na muzykę. I o ile poprzednia płyta była jaka była, to nowe dzieło daje radę i nie osłabia wizerunku, bo w zasadzie ten wizerunek funkcjonuje obok muzyki. Pixies to Pixies. Na koncercie 16.11 wszyscy będą wyć błagalnie o stare pieśni, ale myślę, że te z „Head Carrier” na żywca się obronią, bo zachowują wszystkie cechy z jakimi kojarzy się ten zespół. Może to trochę opinia pobłażająca Pixies, ale jakoś nie mam ochoty stawiać wysoko poprzeczki. Podobnie mam z powrotem innych mistrzów tamtych lat – Dinosaur Jr. Nowa płyta jest przeciętna, ale cieszę się, że Mascis i koledzy bawią się w muzykę. Jeśli mam oczekiwania, to np. wobec takich wykonawców jak SWANS – i po ich powrocie liczyłem na coś genialnego i miałem bardzo wygórowane oczekiwania. Tu po prostu chcę się dobrze bawić. Dwuminutowe, hałaśliwe kawałki, trochę melodii i zawodzenie Blacka. Tylko tyle i aż tyle… Poza tym, mamy czas reunionów i już trochę spowszedniały te powroty, człowiek przestał liczyć na cokolwiek…live

Paweł: Ja również nie stawiam im wysoko poprzeczki, o czym na początku wspomniałem. I ta płyta jest ok, ale nie zaskoczyli mnie pozytywnie. Mniej więcej czegoś takiego się spodziewałem. A co do spowszednienia reunionów w pełni się zgodzę – w ogóle na mało które krążki dzisiaj czeka się z niecierpliwością. Jest tyle muzyki, że zawsze znajdzie się coś, co zapełni pustkę.

Arek: Czyli co – spisujemy płytę na straty, zespołowi nakazujemy zejść do grobowca? Na następnych 13 lat? Może jednak trochę nadziei wpuścimy w te nasze narzekania?

Paweł: Na „Head Carriers” jest kilka naprawdę dobrych momentów. Na pewno „Baal’s Back” z tym krzyczanym wokalem, na pewno singlowy „Um Chagga Lagga” czy kojarzący mi się z The Strokes „Plaster Of Paris”. To nie jest zła płyta i ja wcale nie chciałbym aby Francisa zjadły wilki, a Pixies przestało istnieć.

Arek: I w dodatku fajnie wpisuje się we współczesny, gitarowy indie rock. Bez zadęcia, bez jakichś strasznych aspiracji. Dla mnie – poza paroma wyróżniającymi się tytułami – najfajniejsza jest praca gitary. Ten fajny zgrzyt, bez chamskiego riffowania. I taka ta płyta jest – fajna, bez zbędnego pieprzenia. Dobra. Ni mniej, ni więcej. I ostatnie pytanie – po przesłuchaniu masz nadzieję, że Pixies jeszcze złapią błysk?

Paweł: Szczerze mówiąc, nie sądzę. Wydaje mi się, że będą nagrywali po prostu przyjemne płyty w swoim stylu. Ale może uda im się zrobić choć jeden hit, jeden przebój, który będzie mógł się równać z największymi? Tego im życzę.

Arek: I z tym życzeniem pozostawiamy Franka i ferajnę. Może w końcu pogodzi się z Kim. Może złapie przebój. Może…

Przekonywali się Paweł Drabarek i Arek Lerch