PIVO – Mistrzowski plan (Experience Based Music)

Powroty są dzisiaj bardzo modne, jednak wśród dziesiątek wykonawców, którzy uznają, że czas znowu objawić się światu, takich, którzy nie zaliczają wstydliwej porażki jest niewielu. Oczywiście, czym innym jest powrót Faith No More, a czym innym ponowne pojawienie się na horyzoncie polskiego Piva, zespołu, który w latach 90. był jedną z nadziei gitarowego, podszytego funkiem i Hendrixem grania. Po dwudziestu latach znowu staje na scenie, z nową, godną poznania płytą „Mistrzowski plan”.

Mistrzowski plan miał na pewno szef składu, Wojtek Garwoliński, który, zmagając się pewnie z czymś w rodzaju syndromu niespełnienia po debiutanckim krążku „Dziki dziki” z 1997 roku, najpierw wyżył się w G.Wolf, grając surowego, nasyconego hendrixowskimi patentami rocka, a teraz z rozmysłem zadaje nam krążek Piva, będący niczym innym jak zbiorem piosenek. Piosenek mistrzowsko zaaranżowanych i znakomicie wykonanych. Kluczem do zrozumienia tej muzyki jest właśnie słowo „piosenka”. Jeśli ktoś liczył, że Wojtek po raz kolejny zaszaleje, może się zdziwić. Jeśli ktoś liczy, że genialny pałker Oskar Podolski będzie strzelał nam w oczy pieruńskimi solówkami i przejściami – zdziwi się ponownie. Tu wszystko jest podporządkowane idei wspólnego, piekielnie bujającego grania. Być może troszkę „starego”, bo jest tu i Red Hot, ale i big beat się trafi w „Człowieku w ciemności”. Jako, że Pivo zaczynało, kiedy zaczynało – duch minionej, rockowej dekady też jest wyczuwalny – czasami dosłownie, bo trzy kompozycje są na nowo nagranymi utworami z nie wydanej płyty „12 małp”. Szczególnie „M.C. Doktor”, osadzony na mocnym, niemal metalowym riffie nosi w sobie posmak pierwszych lat grunge.  Nie wiem, do końca czy tu pasuje, ale to już inna sprawa.band

Najważniejsza jest w tym przypadku przebojowość i zwarta, mocno odchudzona forma aranżacji. Wszystko podporządkowane jest zespołowemu łojeniu, bez wychodzenia przed szereg. Jest oczywiście rockowy zadzior, odpowiednia energia, ale nad wszystkim unosi się melodia, prowadzona przez Wojtka ale także – i tu małe zaskoczenie – przez całą baterię instrumentów dętych, które często przejmują melodię, stając się nie tylko małym dodatkiem, ale pełnoprawnymi instrumentami, budującymi narrację utworów. Szczególnie pierwsza część płyty naładowana jest powerplayerami – „Totalna zima”, „Z czerwieni” czy utwór tytułowy to hity niesione na świetnych riffach i pięknie bujającym groove. Niczego nie brakuje. Potem robi się trochę spokojniej, jest i ballada („Idź własną drogą”), jest smagnięcie psychodelią w „Najwyższym czasie” (też zresztą utworze, który został zaczerpnięty z „12 małp”…). Pivo na pewno nie zwietrzało. Pojawia się oczywiście motyw porównania z debiutem. Nadal jest radość, ale… poważniej. No i wreszcie dobre teksty! Zero szczeniackich erotyków tylko więcej dystansu, trochę melancholii. Co najważniejsze – zjadliwej, takiej co nie wywołuje zakłopotania. Wszystko zostało zapięte na ostatni guzik, dopracowane na własnych zespołowych warunkach. I to budzi szacunek.

Rock w 2016 roku ma trochę pod górkę, bo chyba już wszystko zostało powiedziane, wszystkie telewizory wyleciały z pokojów hotelowych, narkotyków też dość dużo poszło. Zatem – być skandalistą w takim czasie i zwrócić na siebie uwagę jest piekielnie trudno. Pivo ma chyba tę świadomość, dlatego zamiast robić nerwowe ruchy, szukać na siłę oryginalności, skupiaja się na grze. Tylko tyle i aż tyle.  Za mało? Cóż, miejmy nadzieję, że muzyka, bez takiej czy innej otoczki obroni się sama.

Arek Lerch

Zdjęcie: Marcin Klaban

Pięć