PINK FLOYD – The Endless River (Parlophone/Warner)

Zasadniczy problem „nowego” albumu Pink Floyd tkwi w dość prozaicznym fakcie, iż nikt go tak naprawdę nie potrzebuje. Wszyscy mniej lub bardziej zadeklarowani fani legendarnej grupy oswoili się z brakiem aktywności swoich ulubieńców, a wieść o kolejnych nagraniach, które nie ujrzały do tej pory światła dziennego, tylko rozbudziły nadzieje. Zastanawiam się tylko na co, bo przecież ani nie na powrót (sceniczny), ani na dalszą aktywność twórców pamiętnego „The Wall”.

„Endless River” ma kilka bardzo znaczących cech. Pierwszą, jest najgorsza w historii sklecona na szybko okładka i nie uwierzę, że to obraz. Ponadto, front bazuje na kiczowatym projekcie raptem dwudziestoletniego fana grupy, dla którego będzie to pierwsza i ostatnia płyta w dorobku Floydów, do której dołożył coś od siebie. Tak szpetnej ilustracji jeszcze nie widziałem, tym bardziej, że w żaden sposób nie koresponduje z zawartością płyty. Kolejna sprawa, to fakt, iż najnowsze „dzieło” Anglików, to tak naprawdę trybut dla Richarda Wrighta, wokalisty, klawiszowca i założyciela zespołu, którego ostatni raz mogliśmy usłyszeć na nagranym dwadzieścia jeden lat temu „The Division Bell”. Właśnie z tej sesji pochodzi materiał stanowiący trzon „Endless River” i to słychać, choć generalnie rzecz biorąc, cała zawartość tego wydawnictwa jest raczej sennym błądzeniem po tematach jakie Gilmour nie wiedzieć czemu, schował do szuflady.

Szokująca i przedstawiona za pośrednictwem mediów społecznościowych decyzja o ukazaniu piętnastego w karierze longa, poniosła za sobą potężną machinę promocyjną włączając w to reklamy w telewizji, która tak naprawdę przesłania to, co najważniejsze. Wspominkowe dzieło Pink Floyd niczym się nie broni, i stanowi raczej collector item niż „mus” dla najbardziej zagorzałych fanów (muzyki). Swoją drogą, żaden inny krążek progresywnej legendy nie ukazał się w tylu różnych formatach. Generalnie, moje pokolenie wychowane na plikach mp3, rzadko kiedy sięga po fizyczny nośnik, a tutaj proszę, w przeciwieństwie do m.in U2 i ich wpadki z iTunes, zespół i szefostwo nie mniej ikonicznej Parlophone zadecydowali o wypuszczeniu „Endless River” na wszystkich nośnikach CD, w tym Blu-Ray, co jest niemałą niespodzianką, zważywszy na jego nikłą popularność wśród odbiorców gitarowych dźwięków. Być może kontakt z samym nośnikiem (choć brzmiącym doskonale, ale wydanym biednie) wzmocni wrażenia jakich dostarcza, według członkow Pink Floyd, to ambientowe wydawnictwo. O tym, czy to rzeczywiście ambient, dośc dosadnie wypowiedział się Bartosz Chaciński na łamach swojego bloga, i nie sądzę aby lepiej ujęto zależności między tym nurtem, słyszalnym kilka płyt Anglików temu, a niefortunną sesją do „The Division Bell”.Pink Floyd

Jest jeszcze coś, o czym jak dotąd nie wspomniałem. „The Endless River” jako zbiór tematów i gitarowych snuć Gilmoura, nie zawiera utworów/piosenek. Jedyny o którym można powiedzieć, że to numer z krwi i kości, jest „Louder Than Words”, niemiłosiernie katowany w sklepach muzycznych i księgarniach. Na całe szczęście, jest to dość nieinwazyjny, lekki i cukierkowy popis umiejętności poszczególnych muzyków pod wodzą Gilmoura. Celowo wspominam o nie-inwazyjności, bo właśnie taki charakter ma piętnaste dziecko Floydów. Zatem uznajmy go za relaksacyjny materiał do niezobowiązującego odsłuchu nie wymagającego skupienia ani analizy, tego co słyszymy. Ot, lekki i na moje ucho, całkiem przyjemny soundtrack w tak zwanym tle. A oficjalnie, definitywne zamknięcie tematu Pink Floyd przekazane fanom do własnej oceny, żarliwej dyskusji, a przede wszystkim, do nostalgicznej podróży do świata Anglików.

Grzegorz „Chain” Pindor

Trzy