PIN PARK – Kraut Park (Instant Classic)

Nigdy nie rozumiałem, dlaczego ten i ów określa muzykę elektroniczną jako „bezduszną”. Tak jakby szturchanie i dociskanie strun było z definicji ludzkie i naturalne, zaś naciskanie klawiszy w podłączonym do prądu narzędziu automatycznie ścinało emocje, których nośnikiem jest muzyka. Nie ma powodu, by dwóch artystów rozmawiało ze sobą płynnie i wciągająco za pomocą vintage’owych syntezatorów i by było to równie wartościowe jak zastosowanie rockowego instrumentarium, niby to nobilitującego, bo uświęconego tradycją. Co zatem mogło pójść nie tak?

Notka promocyjna wystraszyła mnie wyjaśnianiem technikaliów i tajników działania syntezatorów EMS, na których Maciej Bączyk i Maciej Polak nagrali „Kraut Park”. Mądre głowy od biznesu uczą, że jeśli klient musi się uczyć organizacji, od której chce nabyć produkt lub usługę, to jest bardzo źle, bo organizacja ma je po prostu dowieźć i nie zmuszać biednego żuczka do poznawania jej struktury i przepływu danych. Z muzyką jest w gruncie rzeczy podobnie – czy Pin Park gra na pięciu syntezatorach, czy na trzech pudełkach od zapałek, to sprawa drugorzędna. „Story” za muzyką może być ciekawe lub niekoniecznie, a na pewno jej nie zaszkodzi. I na pewno jej nie pomoże, jeśli muzyka jest kiepska. Ale „Kraut Park” jest dobry.

Co jeszcze mogło pójść źle? Pin Park mogliby na przykład wdepnąć we wnyki retromanii. Fetyszyzacja instrumentu mogła teoretycznie doprowadzić do udawania przed sobą i światem, że jesteśmy Ralfem i Florianem. „Kraut” w tytule wprost wskazuje pewne nawiązanie do brzmień epoki, kiedy panowie z syntezatorami wytyczali nowe szlaki – wczesnego Kraftwerk, wspaniałego debiutu Cluster etc. Dwa Macieje czerpią z tamtego ducha, ale bez stylizacji na Klausów Schulze’ów. Obok typowo „starociowego” grania (kraftwerkowaty numer tytułowy) „Krautpark” przypomina próbę odegrania na starych syntezatorach muzyki Boards of Canada („Limbo”), Fennesza („Cat”), Bvdub („Iceberg”). Przypomina, ale nią nie jest.band

Dialog na dwa syntezatory nie prowadzi Pin Park ani na manowce nadętego bełkotu „artyści artystom”, ani w na retro-mieliznę. „Kraut Park” to muzyka wciągająca, opowiadająca jakąś historię, przykuwająca ucho. Jej odbiór nie wymaga  doktoryzowania się z dyskografii Tangerine Dream, a pod tymi glitch’ami, chrobotami i „kosmicznymi” efektami jest cała masa… człowieka. I ładnych, niebanalnych melodii, czy choćby nastrojowych motywów. „Kraut Park” powinien zatem przemówić i do snobistycznych fanów poszukującej elektroniki, i do słuchaczy, którzy stronią od niech zrażeni hermetycznością tzw. awangardy. Ostatecznie chodzi nie o pokaz możliwości syntezatora EMS, tylko o relaksujący spacer po Kapuścianym Parku. Ja się przejdę.

Bartosz Cieślak

Zdjęcie: Krzysiek Orłowski

Cztery i pół