PIGS – You Ruin Everything (Solar Flare Records)

Zapraszam na kolejny odcinek opowieści o noise’owej ziemi niczyjej. Ziemi, która kiedyś była obiecana, zaś dzisiaj można na niej spotkać jedynie rozbitków minionej epoki i paru nienormalnych neofitów z lubością pławiących się w muzyce, która – wedle opinii niektórych „znawców”  –  wcale nią nie jest. Pigs ma duże szanse na zainteresowanie ze strony wyżej wymienionych, bo na dzień dobry wykłada na stół kartę w postaci basisty kultowego tu i ówdzie, nowojorskiego guru betonowego noise – Unsane.

 

Już od pierwszych dźwięków słychać, że muzyka Pigs jest zakorzeniona w latach 90 – tych. Sposób komponowania, prowadzenie instrumentów, specyficzny styl aranżowania, stawiający raczej na zapętlony trans niż współczesny eklektyzm i brzmienie rozkręconych gitar od razu informują nas, czego możemy się spodziewać. Nie jest to muzyka szczególnie trudna czy skomplikowana. Zespół skupia się raczej na pewnych aspektach brzmieniowych, świetnie układając linie basu i gitar tak, by wychodziło z nich najgorsze z możliwych, gruzowate brzmienie, które tak bardzo lubimy na starych płytach. Do tego dochodzi konkretna, bazująca na solidnym uderzeniu perkusja, którą mógłby równie dobrze obsługiwać Todd Trainer czy Mac McKelly. I wszystko jasne. Skrzeczące faktury instrumentów, niesamowity puls, zapętlone aranże, powtarzające hipnotyczne motywy i już udajemy się w maksymalnie sentymentalną podróż do przeszłości. Pozwólcie zatem, że nie będę się specjalnie krygował w przytaczaniu nazw, na dźwięk których nawet dzisiaj robi się gorąco. Niekoniecznie za sprawą ich wielkiej popularności…

Trudno nie zauważyć bowiem podobieństwa medytacyjnego „Massive Operator Error” do  Jesusowego „Zachariah”, „Mashantucket” kojarzy się jako żywo z świetnym i nieodżałowanym Guzzard a w „Small c Celebrity” słychać i Don Caballero i Fugazi. Wszystko jednak zalane jest pancernym noise, potwornie przesterowanymi gitarami, które są umiejętnie prowadzone i świetnie osadzone na aranżacyjnym szkielecie, dzięki czemu zamiast jednostajnej ściany dźwięku mamy raczej do czynienia z całkiem zróżnicowaną muzyką. W pierwszej części płyty przeważają te mocniejsze kawałki (np. świetny, hardcore’owy noise „Contrition Dilemma”), w drugiej zespół zaczyna nieco eksperymentować, choć cały czas w ramach dość konkretnie określonego stylu. Grupa idealnie potrafi wykorzystać zalety gatunku i spoić je ze współczesnym, mocnym brzmieniem tworząc ciekawy miks, przerzucający – po raz kolejny – pomost między rokiem 2012 a 1994. Jeśli macie ochotę na taki hałaśliwy wehikuł czasu, poszukajcie Świń. Nie są wcale takie złe.

Arek Lerch