PIG DESTROYER – Book Burner (Relapse)

Kariera muzycznego żurnalisty jest iście karkołomnym doświadczeniem. Schizofrenia wpisana w zawód, korpucjogenne nawyki (ech, te darmowe płyty…) a i braki warsztatowe, nadrabiane niby – żartami trafiają się nader często. W moim przypadku jest to muzyczna schizofrenia, skazująca mnie na słuchanie zarówno milusińskich z happysad jak i drapieżców z Pig Destroyer. Za tamtych już mi się dostało – od lajtowej „głupoty” po agresywne „popierdolenie”, za niżej opisywanych jeszcze na „laurkę” przyjdzie czas. Co nie zmienia faktu, że to jedna z najlepszych płyt grind core’owych mijających miesięcy.

Powiedzmy to wreszcie uczciwie – grind core to hałas, który bez otoczki porno/gore nierzadko okazuje się być sztuką dość wątpliwej jakości. Trzeba niezłych umiejętności, by zainteresować słuchacza samymi li tylko dźwiękami i choć sporo jest maniaków patologicznego, orgiastycznego okładania werbla, są całe masy zespołów, które mogą grać jeden i ten sam riff do dwudziestu kawałków a i tak nikt różnicy nie zauważy. Gatunek nobilitują jedynie „robinhudy” stylu, biorące na siebie niemały ciężar sprostania wyśrubowanym normom i to dzięki nim grind core’owi nadal nie odmówiono jeszcze określenia „muzyka”.

Scott Hull potrzebę tworzenia anty – muzyki zaspokoił w Agoraphobic Nosebleed, dlatego w Pig Destroyer skupia się na dość tradycyjnym kultywowaniu gitarowego hałasu. Po eksperymentalnej, całkiem ciekawej płytce „Natasha” (przypomnijmy – zawierającej jeden, 37 – minutowy kawałek…), powraca z krążkiem zawierającym dźwięki apetyczne i przede wszystkim strawne nawet dla tych, którzy nie kochają temp granych powyżej 250 bpm.

„Book Burner” sadowi się bardzo blisko wizjonerów gatunku, tuż obok „Subvert The Dominant Paradigm” Noisear czy starszych krążków Brutal Truth. Już ten fakt powoduje, że w moim odczuciu będzie to jedno dzieł, wyznaczających standardy gatunku.  A skoro Nasum (prawie…) nie istnieje, Brutale coraz bardziej pogrążają się w niezrozumiałym hałasie a Rotten Sound od lat bezskutecznie próbuje przebić „Exit”, Świnie mają zadanie ułatwione. Na swojej piątej płycie przedstawiają 19 kawałków, które w 32 minuty zrobią z każdego osobnika fana grind core’a. Bo też i „Book Burner” to nie bezsensowne walenie w bęben, ale doskonale zagrane i zaaranżowane perełki hałasu. W ramach ograniczonej stylistyki i długości nie przekraczającej 2 min/utwór, zespół tworzy świetne, wchodzące w głowę i nogi, bardzo silnie zrytmizowane pieśni. Jeśli już są blasty ( „Eve”, „The Underground Man”, „Totaled” czy „White Lady”), to zespół absolutnie pilnuje się, by nie poprzestać na nich i zawsze dodać coś jeszcze, dlatego praktycznie w każdym kawałku jest sporo rytmicznej gmatwaniny, czasami przeradzającej się w rasowy death metal („The Diplomat), gdzie indziej zahaczającej o tak lubiany przeze mnie noise („Baltimore Strangler”). Co i rusz mamy rasowe łamańce („Dirty Knife”, „King of Clubs”) i całą kupę zwolnień („Valley of the Grey”), miejscami mogących kojarzyć się z stylem Misery Index („The American’s Head”). W zasadzie wymienianie poszczególnych numerów nie ma sensu, bo wszystkie zostały hojnie obdarowane. Kiedy zastanawiałem się nad wyborem najlepszej kompozycji, okazało się, że… podoba mi się dokładnie cała płyta. Każdy kawałek to majstersztyk precyzyjnego, grind’owo – hardcore’owego łojenia, dodatkowego blasku płycie przysparza doskonała, bardzo sterylna produkcja, która akurat w tym przypadku ma sens; jeśli ktoś lubił noise’owy chaos „Terrifyer”, może się nieco zdziwić…

Krótkie, zwarte, grane niezwykle precyzyjnie utwory tworzą ciekawą, bardzo agresywną a jednocześnie zdyscyplinowaną całość. Wydaje mi się, że zespół tym razem celowo zrezygnował z pewnej dozy eksperymentu (może wyeksploatował się na „Nataszy”?) na rzecz bardziej przystępnej i zrozumiałej formy. Choć raczej wątpię, że ktoś nieobyty z formułą i lubiący np. happysad znajdzie tu coś dla siebie, bo owa „przystępność” uwypukla jeszcze bardziej agresję tej muzyki. Hipokryzja? Ok., niech będzie…

 

Arek Lerch