PHOBIA – Remnants To Filth (Hammerheart)

W dobie zespołów działających “do pierwszej ep – ki”, Phobia to długodystansowcy. 22 lata na scenie, 16 splitów i wszelakich ep – ek oraz sześć albumów, z których najnowszy właśnie zaczyna swój żywot. Osiemnaście kawałów w dziewiętnaście minut to norma, podobnie jak muzyka na najwyższym poziomie. Brudne, pieprzone punki atakują!

Na swoim najnowszym dziele Phobia zamieściła swoisty hit  – deklarację ideową, czyli  kawałek „Filthy Fucking Punks”. To prawdziwie punkowy, brudny hymn, może nawet zbliżający się do crusta. I taka jest cała płyta. Punkowa w klimacie, grindowa w wykonaniu i  prawdziwie anarchistyczna w postawie i treści.

Nowe dzieło Amerykanów to także krążek znakomicie zagrany, bo chociaż starają się jak mogą, by wypaść totalnie niechlujnie, nie sposób przejść obojętnie np. obok Bryana Fajardo (min. Noisear), który bębni tak maniakalnie, że aż gacie spadają. Oczywiście, największy procentowo udział mają tu czysto grind – punkowe petardy w rodzaju „Dementia Having Overdose”  czy „No Sympathy for the Weak”. Wspomniany crust słychać w „Infraction of Pride”. Kiedy trzeba, zespół mota kawałki aż miło („Resolution” czy „Constrain Relations”), ale potrafi także zaskoczyć, np. doom’owym wjazdem w „Got the Fear” (29 sekund, czas idealny!) czy solówką w nieco death’n’roll’owym „Deaden to Believe”.

Duże zróżnicowanie, zazwyczaj nie przekraczające minuty kawałki, spiętrzenie zgiełku to dla zespołu norma. Na plus należy zaliczyć muzykom, że dbają o kompozycje, dzięki czemu w wielu kawałkach możemy znaleźć całkiem chwytliwe riffy. W takim wymiarze Phobia stworzyła wzorzec zbuntowanego, brudnego grindcore’a, zbratanego z punk rockiem w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Może za sprawą „Remnants to Filth” nie posuwają grind core’a do przodu, jednak wśród wielu, dość męczących płyt są w tym gatunku prawdziwie rozrywkowym tworem. Ja w każdym razie słucham „Remnants…” jako 18 bezpretensjonalnych hitów i niczego więcej od Phobii nie oczekuję.

 

Arek Lerch