PHINEHAS – Till The End (Artery Recordings)

Gdyby ten album wyszedł dziesięć lat temu, prawdopodobnie przeszedłby bez echa. Wtedy, kiedy zwykły, melodyjny metalcore święcił swoje tryumfy, grali tak wszyscy. Dziś, dla odmiany, kiedy lwia część zespołów bawi się w qusi-djentowe łojenie a’la Northlane, propozycja Phinehas, formacji z – a jakże – słonecznej Kalifornii, jawi się jako powiew chrześcijańskiej świeżości na skostniałej scenie.

Dla wielu to, co prezentuje kwartet z La Mirada, może wydawać się mniej brutalną wersją łojenia po linii For Today, acz byłbym ostrożny w wydawaniu takich opinii. Podopieczni Artery Recordings grają znacznie ciekawsze dźwięki, mocno techniczne – co jest zasługą genialnego gitarzysty Daniela Gaileya, który za pomocą raptem sześciu strun wyczynia istne cuda. Dawno, naprawdę dawno nie słyszałem tak dobrych solówek. Każdy jeden numer cieszy ucho wybornymi harmoniami i zapamiętywalnymi riffami, a dodając do tego leady, jak choćby ten w najlepszym na płycie „Truth Be Told”, nawet koledzy z Texas In July powinni się w tym krążku zakochać.

Najmniej interesującym elementem Phinehas są, niestety, wokale, ale jak to w typowym metalcorze bywa, nie można mieć wszystkiego. Są i owszem, czyste całkiem przyzwoite refreny, aczkolwiek stanowią jedynie dodatek do gęstej i niemal niekończącej się młócki. W sumie to taki schemat (tym razem) łykam bez popity. „Till The End” ma to do siebie, że w zalewie jako takiego core’a, niby technicznego, niby brutalnego, stanowi doskonały pomost pomiędzy melodyjną odsłoną tej muzyki sprzed lat, a niemal thrash/deathowym napierdzielaniem. Gdyby nie breakdowny i mocno plastikowe brzmienie, niedzielni metalowcy uznaliby ten krążek za kolejny must hear dla fanów, żeby daleko nie szukać, wielbionych w Polsce thrasherów z Sylosis, a z przeciwnego bieguna, brutali z Feed Her To The Sharks.Phine band

Jedyne co powinieneś zrobić, drogi czytelniku, to zamiast przewijać stronę w dół, odpalić trzeci krążek Phinehas, w celu przypomnienia sobie, dlaczego metalcore kiedyś był fajny. Parkway Drive i reszta ferajny nie śpi, ale młodzi gniewni mają coś do powiedzenia. Kwartet z zachodniego wybrzeża USA może wkrótce zdetronizować starych wyjadaczy. Wspomnicie moje słowa.

Grzegorz „Chain” Pindor

Trzy i pół