PHILM&HAWKS – Wakacyjne remanenty

W przeciwieństwie do standardowych podsumowań, jakie zazwyczaj czyni się pod koniec roku, czas remanentów w moim przypadku przypada na okres wakacyjny. Leniwie grzebię w stertach płyt, w Internecie i okazuje się, że często – gęsto, w codziennym biegu między fabryką a wrzeszczącymi bachorami, coś tam przeoczę. Tym razem, leżąc na gorącym piasku nad egzotycznym morzem, odkryłem dwie płyty, które mają już kilka miesięcy na karku, ale w naszym, muzycznym światku/biznesie przeszły niemal (Philm) albo całkowicie (Hawks) niezauważone. Szkoda byłoby nie zwrócić uwagi na tak dobre krążki, dlatego korzystając z sezonu ogórkowego, mimo, że trzymamy się żelaznej zasady pisania o aktualnościach, wspomnę o muzyce, którą bezwzględnie poznać musicie. No, chyba, że nie chcecie…

Na pierwszy ogień idzie debiutancki album „Harmonic” zespołu Philm (Ipecac, 2012). Szukałem jakichś polskich wzmianek o tej płycie i jestem zaskoczony, bo trafiłem bodajże na dwie, krótkie recenzje. No tak, dla metalowców będzie to zbyt eksperymentalne, dla miłośników lżejszych odmian hałasu – za ciężkie. Każda z tych grup odbiorcPhlimów kojarzy jednak nazwisko Dave’a Lombardo, bo to on przykuwa uwagę w tym składzie. Były – już po raz kolejny – pałker Slayer nie pierwszy raz dał się poznać jako muzyk wychodzący daleko poza thrash metalowe poletko. Wprawdzie dla betonów pozostanie jedynie królem szybkości, prawda jest jednak brutalna – jeśli ten muzyk interesuje/interesował się w ostatnich latach metalem, było to głównie zainteresowanie liczone w konkretnych sumach dolarowych. Emocje pokazywał w zupełnie innych rejonach. Bo nie wątpię, że płytę Philm nagrał li tylko i wyłącznie z pobudek artystycznych. „Harmonic” to brawurowy przelot po różnych odcieniach mniej lub bardziej współczesnej muzyki rockowej. Z naciskiem na eksperyment i improwizację. Siła tej płyty rozpięta jest między kilkoma punktami. „Exubernace” to brawurowy jazz rock, który rozpływa się pod koniec w niemal awangardowych szumo – zgrzytach. Tytułowy numer atakuje post rockową pajęczyną godną „Spiderland” Slint. „Sex Amp” to mathrockowa gwałtowność uciekajacego Dillingera, zaś „Mezzanine” to nic innego jak rasowy, współcześnie interpretowany blues rock. Pomiędzy wymienionymi kompozycjami rozciąga się teren eksperymentu Philm. Słychać wyraźnie dwie rzeczy – że muzycy bardzo uważnie i na bieżąco śledzą to, co na rockowej scenie się dzieje a po drugie, że są znakomitymi instrumentalistami. Przez ponad godzinę wydarzyło się bardzo dużo rzeczy. Na tyle, że pod koniec doszedłem do wniosku, że Philm to prawdziwy, współczesny Cream ery post rocka. W kontekście wybitnego poziomu prezentowanego przez muzyków, nie rozumiem do końca, dlaczego o „Harmonic” było/jest tak cicho. Jasne, kto chce, do muzyki dotrze, wydaje mi się jednak, że grupa zasługuje na dużo większy aplauz, nawet pomijając to, kto siedzi za garami.

Drugie dzieło, które, co przyznaję ze smutkiem, haniebnie pominąłem pod koniec ubiegłego roku, to „Push Over” (Learning Curve/Rejuvenation 2012) – najnowsza, trzecia płyta amerykańskich noise rockowców z Hawks. HawksSwego czasu rozpływałem się w zachwytach nad „RUB”, tymczasem nowa płyta (ok, jest już dostępny dużo świeższy singiel, o którym – za rok??), poczynając od stylowej, czarno-białej okładki, przynosi zajebisty ładunek soczystego, klasycznego po linii The Jesus Lizard noise/math rocka. Niezbyt skomplikowanego, ale i nie banalnego, zawierającego dokładnie tyle hałasu i techniki ile trzeba, by uznać, że ów spokój i wyważenie, cechujące „Push Over” stawia zespół bardzo blisko moich, niekwestionowanych i współczesnych mistrzów gatunku – KEN mode. Amerykanie postawili na sporą zwięzłość; większość numerów jest raczej krótka, dopiero pod koniec płyty zadają najdłuższe i najciekawsze piosenki – „Sunder King” i „No Exercise”. Noise rock w wydaniu Hawks to przede wszystkim rasowa, gitarowa szkoła. Najcieplej na sercu robi się, kiedy gitarzysta dusi oszczędne riffy w manierze Duane Denisona. Do tego dochodzi bardzo sprawna, pięknie jadąca sekcja rytmiczna. Słychać, że zespół dokładnie wie, jak zbudować rasową, noise rockową płytę – ani grama żartu, ni grama metalu i agresja maksymalnie stłumiona; tylko czekać, kiedy wszystko eksploduje. „Push Over” mógłby równie dobrze powstać w 93 roku. To chyba najlepszy komplement.

Na tym kończę niezbyt eleganckie cofanie się o ileś tam miesięcy w tył. Z racji tegoż cofania, darowałem sobie punktową/gwiazdkową ocenę  powyższych dzieł. Zresztą, każdy wie, jaka byłaby ocena… Więcej grzechów nie pamiętam, zatem – ku przyszłości…

Arek Lerch