PHILM – Fire From the Evening Sun (UDR Music)

W niektórych okolicznościach nazwisko może być przekleństwem, zarówno dla muzyków, jak ich słuchaczy. Trudno powiedzieć, czy Lombardo ma z tym problem, pewne jest natomiast to, że gdziekolwiek i w jakiejkolwiek konfiguracji się pojawi, zawsze wszyscy będą chcieli usłyszeć „umpa – umpa” w stylu „Angel of Death”. Niezależnie, czy będzie to orkiestra na nowo odczytująca „Cztery Pory Roku” Vivaldiego czy Philm. Choć może z tym ostatnim zespole w końcu uda się mu uwolnić z thrash metalowych okowów…

Jeszcze niedawno Lombardo trzaskał wygodną fuchę w Slayer. Wygodną, bo wiadomo, że zawsze – mimo swojego niewątpliwego talentu – był przez kolegów (a szczególnie przez Kinga) traktowany jak półgłówek, który ma zrobić swoje i siedzieć cicho. No, czasami kończy się tak, że po zrobieniu „swojego” mówi się mu „won!”. Może właśnie dlatego nowa płyta Philm powinna być dla niego ważna, bo powstała już jako materiał jego głównego (pewnie – na razie…) zespołu a nie pobocznego projektu. Owo zaangażowanie, na szczęście, słychać w każdej sekundzie „Fire From the Evening Sun,” trudno jednak traktować krążek jako występ jednego aktora, bo basista Francisco „Pancho” Tomaselli i śpiewający gitarzysta Gerry Nestler robią tu niesamowite rzeczy. Szczególne uznanie należy się basiście za potraktowanie swojego instrumentu w sposób zdecydowanie nieszablonowy. Słychać, że cztery struny nie są tu zwykłym podkładem, ale pełnoprawnym i zdecydowanie aktywnym instrumentem. Zresztą, równie dobre rzeczy można powiedzieć o brzmieniu i kolorystyce warstwy gitarowej, która w wielu momentach zaskakuje kierunkiem poszukiwań. Przede wszystkim – stylistyka. Jest tu i metal, choć traktowany raczej jako punkt wyjścia (ciężar i brzmienie niektórych fragmentów) i to nie w każdym numerze. Jest punk (ta piękna dzikość, z jaką muzycy tu i ówdzie rzucają się na instrumenty) i hard core a także trochę prawie – jazzu i transowego wymiatania. W zasadzie największą zaletą – ale także i czymś w rodzaju wady – jest tu mnogość stylistyk, po których zespół jak pszczółka z kwiatka na kwiatek skacze. Od premiery płyty minęło już kilka miesięcy, ale nie zaobserwowałem jakiegoś „obfajdania” rajtuz na punkcie nowego dzieła Philm. Owszem, tu i ówdzie napisano parę ciepłych słów, najczęściej komentujących wirtuozerię muzyków, ale mam wrażenie, że ludzie nie do końca wiedzą, jak do tych nagrań się ustosunkować, poza banalnym do bólu „oh, jak ten Lombadro napierdala…”. I tu można upatrywać problemu tej płyty, która powstała w radosnej atmosferze jamu, ale też bez wyraźnych aspiracji do zawojowania świata. Panowie grają rewelacyjnie, ale nie opowiadają się po żadnej stronie, budząc tym samym chyba coś w rodzaju niepokoju u słuchacza. No i podstawowe pytanie – a nuż Lombardo znowu pójdzie w kamasze do jednostki frontowej Slayer?Philm band

Kiedy zatem robi się ciekawie? Ano, wtedy gdy zespół zapomina o przesterowanym riffie i perkusyjnej orgii, wpadając w transową przestrzeń. Najlepszy jest sam środek płyty – „Lion’s Pit”, „Silver Queen” czy „We Sail at Dawn”. Numery, w których rządzi klimat, podany w hipnotyzujący sposób, kryje się za tym jakaś tajemnica czy napięcie. Świetne kompozycje, rewelacyjne wykonanie. Równie dobra jest końcówka, czyli niemal mistyczny „Turn in the Sky” i okraszony partią fortepianu „Corner Girl”, który nasuwa mi skojarzenia z Faith No More. Z mocniejszych rzeczy zdecydowanie wysuwają się przed szereg te mniej oczywiste rozwiązania, min. „Blue Dragon” z nerwową, imitującą stylistykę jungle grą perkusji. W każdym numerze można znaleźć całą masę ciekawych rozwiązań, mam jednak wrażenie, że w kilku przypadkach niepotrzebnie je poszarpano. Choć nie zmienia to faktu, że otrzymaliśmy niejednoznacznie, intrygujące rzemiosło najwyższej próby.

Jeśli ktoś myśli, że Philm zrewolucjonizuje rockową scenę… niech sobie myśli dalej. Ja wolę zaczekać do połowy marca, bo zespół przyjeżdża do Polski by 13 i 14.03 rozwalić odpowiednio poznański Blue Note i warszawskie Hybrydy.  Nie wątpię, że jest to pewna, nowa jakość na rockowo – metalowej scenie, mam jednak wrażenie, że zespół ciągle waha się między mocniejszym łomotem a przestrzennym eksperymentem, a jak powszechnie wiadomo, wszystkim dobrze zrobić się nie da. Mam nadzieję, że zdecydują się jednak na penetrowanie mniej oczywistych rejonów, bo to, że są wywalonymi w kosmos wirtuozami udowodnili już dawno temu.

Arek Lerch

Pięć