PHANTOM WINTER – Into Dark Science (Golden Antenna)

Są zespoły – takie jak chociażby Code Orange – które zdają się stawiać sobie za główny cel łamanie wszelkich barier, nie tylko zresztą tych gatunkowych. Przykład ten nie jest przypadkowy, bowiem niezwykle eklektyczna, ale przy tym też chaotyczna propozycja Amerykanów zdobywa coraz szersze grono zwolenników, mnie osobiście zostawiając w dość sporej konsternacji. Na szczęście w opozycji stoją grupy pokroju niemieckiej Phantom Winter, które zamiast na międzygatunkowe mezalianse, stawiają na bezpośredniość i surowość emocji. „Into Dark Science” to trzeci album w karierze Niemców i zarazem też trzeci krążek, którym udowadniają, że w muzyce chodzi o coś więcej niż podążanie za trendami.

Phantom Winter kontynuuje poniekąd tradycje Omega Massif, eksplorując rubieże najcięższej i najbardziej mrocznej odmiany sludge’u. Zespół nie sięga przy tym po bardzo wyszukane środki wyrazu, opierając swoje brzmienie z jednej strony na tonach gitarowego brudu, z drugiej zaś całkiem często sięgając po niemal black metalowe tremola. „Into Dark Science” nie jest albumem, na którym konieczne byłoby doszukiwanie się drugiego dna, ale też nie można Niemcom zarzucić powierzchowności. To skrajnie depresyjna, żeby nie powiedzieć beznadziejna muzyka. Niemożliwym jest dostrzeżenie w tej czerni choćby iskierki światła, dlatego bardzo łatwo jest się zagubić i pogrążyć. W pewnym sensie – poprzez delikatne przyprawienie black metalowym chłodem – Phantom Winter idzie dalej niż wspomniane Omega Massif, serwując muzykę jeszcze bardziej nieprzystępną i obdartą z niepotrzebnego przepychu. Zasadniczo trzeci album Niemców jest po prostu jakby „bardziej” – bardziej surowy, bardziej zimny, bardziej ciężki, bardziej upierdolony w beznadziejnej depresji i poczuciu pustki. Prawdę mówiąc niewiele słyszałem płyt, które szłyby jeszcze głębiej w aż tak skrajne emocje. Wsłuchajcie się choćby w partie wokalne – z jednej strony charakterystyczna dla gatunku, stojąca na granicy growlingu i hardcore’owej ekspresji maniera Christiana Kranka, z drugiej brzmiący jak torturowany Gollum Andreas Schmittfull. Mnóstwo w tym wszystkim bólu, czasem wręcz namacalnego, fizycznego. Nawet kiedy do muzyki Phantom Winter na krótką chwilę wkrada się nieco więcej przestrzeni, wciąż trudno jest złapać oddech i się uspokoić – tym bardziej, że są to naprawdę sekundy. Ci goście nie mają zamiaru się nad nikim litować.PW band

Można zarzucić Phantom Winter okopanie się na bezpiecznej pozycji, pewnie. Ale czy aby na pewno tak daleko idąca muzyka jest bezpieczna? Czy aż taki emocjonalny ekshibicjonizm jest czymś zachowawczym? Jasne, niemiecka grupa nie odkrywa niczego nowego i rzeźbi w pewnym sensie w sprawdzonym materiale, ale widocznie to w nim znajduje jedyną drogą ujścia swoich lęków. Lęków, z którymi zmierzyć się oko w oko jest cholernie trudno, ale jeśli już to zrobicie… Będziecie odmienieni.

Michał Fryga

Pięć